Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 26 marca 2018

Pola ("Zielona Arka", grudzień 2000)


POLA

Nie wiadomo w którym momencie dzikie zwierzęta zaadoptowały się do życia w warunkach pól uprawnych. Można sobie tylko wyobrazić obraz szybko zmieniającego się środowiska Europy wskutek intensywnego wycinania i wypalania lasów zapoczątkowanego około 5000 lat temu. Od tego czasu już tylko człowiek dyktował warunki. Kto się do nich nie przystosował - ginął.

Możliwe jednak, że kiedyś najliczniejszego ptaka naszych pól - skowronka, nie było tu wcale. Podobnie inne pospolite na polach gatunki, np.: trznadel, potrzeszcz, szczygieł i dzwoniec - nie wiadomo gdzie wtedy się podziewały. Jednak przynajmniej część z tych ptaków musiała po prostu przystosować się do nowych środowisk, ba - wielu wiodło się i wiedzie do dziś wspaniale. Ot, choćby wróbel - dawniej zamieszkiwał tylko skaliste tereny Azji, ale to zasobność pokarmu znajdowanego na polach spowodowała jego niezwykłą ekspansję.
Występowanie kuropatwy, nie mówiąc już o dropiu, musiało się kiedyś ograniczać jedynie do obszarów stepowych. Pole - step, cóż za różnica? W dodatku pola były dużo bardziej bogate w pokarm. Niektóre ptaki dały się więc nabrać. Nie mogły bowiem przewidzieć masowego stosowania pestycydów, w tym zwłaszcza najgroźniejszej substancji - DDT. Kuropatwy i bażanty zjadały zatrute owady, a na ptaki te polowały chętnie drapieżniki. To w nich kumulowało się najwięcej trujących związków i w szybkim czasie wiele ptaków drapieżnych stanęło na krawędzi zagłady. Sokół wędrowny wyginął w Polsce zupełnie właśnie z winy DDT, a reintrodukowana ostatnio populacja zasiedla prawie wyłącznie miasta. Drop dał się zwieść pozornie bezpiecznym rozległym polom, ale przepłacił ten błąd wymarciem na wielu obszarach i rozbiciem populacji - na dłuższą metę okazał się więc konserwatystą i nadal, choć w mniejszych zagęszczeniach, najlepiej czuje się na naturalnych stepach.
            Niektóre gatunki wykazują tak dalece posunięte uzależnienie od pól uprawnych, że prawdopodobnie bez nich nie mogłyby już egzystować. Lecz gdyby żurawie pozostały uparcie w swych puszczańskich bagiennych lasach, zapewne podzieliłyby los płochliwego, wymierającego głuszca. Żuraw dzięki temu, że zdobywał pokarm na polach, w dużym stopniu pokonał barierę lęku przed człowiekiem i dzięki temu stał się ptakiem pospolitym. Współcześnie typowo leśne żurawie to rzadkość - większość z nich gnieździ się w otwartym krajobrazie.
            Zaskakujące trendy wykazują od paru lat błotniaki łąkowe. Ich naturalnym siedliskiem lęgowym są w Polsce rozległe torfowiska niskie, takie jak w dolinach Biebrzy, Narwi i Odry. Ostatnio jednak te rzadkie ptaki zaczynają gniazdować w łanach zbóż i stają się liczniejsze. Z jednej strony wygląda to na niezwykły przypadek przystosowania się do zmian zachodzących wskutek osuszania terenów podmokłych i eksploatacji torfowisk, lecz równocześnie większość lęgów zostaje zniszczonych w czasie żniw i to tuż przed wylotem młodych. Tak więc kolejna pułapka, czy raczej cena przetrwania?
            Weźmy więc kolejny przykład. Naturalnym siedliskiem lęgowych ptaków siewkowych, takich jak czajka, kszyk, kulik wielki, rycyk czy krwawodziób, są rozległe podmokłe łąki w dolinach rzek. Lecz rzeki się reguluje, osusza starorzecza i rozlewiska, a wiele zmeliorowanych łąk zamienia się na grunty orne. W wyniku tego niemal wszystkie te gatunki szybko wymierają. Tylko jeden z nich stara radzić sobie jak może. Jest to czajka. Na łąkach czajka była niezwykle wybiórcza i zakładała gniazda w miejscu o określonej wilgotności podłoża, wysokości, a nawet barwie traw. Poza łąkami jest jednak bardzo plastyczna. Gnieździ się najczęściej w oziminach i nad brzegami śródpolnych stawów, ale także w trzcinowiskach, na ścierniskach po wykaszanych trzcinach, a zwłaszcza na wypalonych nieużytkach polnych.
            Od pewnego czasu ornitolodzy śledzą niepokojące zjawisko pozostawania łabędzi niemych na polach. Zimą są tu wprawdzie bezpieczniejsze niż na wodzie, gdzie mogą przymarzać, lecz ptaki te na polach po prostu za dużo jedzą. Łabędzie to ptaki typowo wędrowne i dopiero od niedawna pozostające u nas na zimę - i to głównie dzięki sztucznemu dokarmianiu. Jednak nadal u wielu z nich funkcjonuje instynkt wędrówki, który powoduje zwiększone łaknienie i zapotrzebowanie na gromadzenie tłuszczu. „Polne” łabędzie przylatując na pole mają tu tak dużo jedzenia, że nie muszą już odlatywać. Do tego prawie nie boją się człowieka i nie muszą na jego widok uciekać, więc brak ruchu powoduje tycie i ociężałość, i nawet dorosłe osobniki nie przystępują do lęgów, bo do wiosny są tak obżarte, że... nie mogą wzlecieć w powietrze.
            Jak silnie zmiany agrokulturowe muszą oddziaływać na faunę, a zwłaszcza na przemieszczające się dwa razy do roku ptaki wędrowne, niech uświadomi nam przykład dzikich gęsi. Z terenów lęgowych położonych w europejskiej tundrze i tajdze tysiące gęsi białoczelnych i zbożowych każdej jesieni rozpoczynają wędrówkę do zachodniej Europy. Wiele z nich jeszcze do początków lat 90. wybierało trasę przez Polskę, a zwłaszcza jej północą część. Tu napotykały na rozległe pola, zwłaszcza ulubione ścierniska po kukurydzy, uprawy rzepaku itp. Wiele z nich pozostawało aż do pierwszych mrozów i śniegów, a po nabraniu odpowiednich zapasów tłuszczu przemieszczało się dalej na zachód. Po przeczekaniu zimy powracały na tereny lęgowe. Szacowano, że w niektóre lata, aż 2/3 populacji gęsi zimujących w północno zachodniej Europie (Holandia, zachodnie Niemcy) zatrzymywało się podczas wędrówki na terenach Polski. Już od około 1995 roku liczebność gęsi przelatujących przez północną Polskę zmalała o około 50%, kierując się prawdopodobnie przez Skandynawię od razu na zimowiska zachodnie lub w kierunku środka kontynentu (Węgry, Austria) przez Śląsk. Sprawa wydaje się oczywista - po upadku gospodarstw rolnych gęsi nie mogły odnaleźć swych ulubionych miejsc żerowania i dość szybko zmieniły trasy wędrówkowe.
            Pola stały się nieodzowne dla przetrwania okresu zimowego dla wielu gatunków. Całkiem możliwe, że łatwość z jaką zdobywają tu pokarm powoduje ich mniejszą śmiertelność, i że dawniej wiele z nich było znacznie rzadszych. Poza środowiskiem wodnym, w okresie zimy, pola uprawne nie mają sobie równego pod względem bogactwa ptaków. Tysiące gęsi spędza całe dnie na żerowaniu. Są najbardziej płochliwe ze wszystkich ptaków wodnych i polnych. Wypracowały stadny tryb życia z systemem ostrzegawczych zachowań. Na polach gęsi żerują najczęściej w zagłębieniach terenu, a na pagórkach czuwa kilku strażników mających alarmować stado w razie niebezpieczeństwa. Przed odlotem na wodę lub odwrotnie - w czasie wylotu z jeziora na pole, strażnicy wysyłani są jako zwiad mający zbadać, czy trasa przelotu jest bezpieczna. Następnie zwiadowcy wracają i dopiero wtedy wyprowadzają całą grupę. Tak doskonale zorganizowanym stadom gęsi towarzyszą najczęściej inne ptaki. Można więc spotkać stada czajek, siewek złotych, łabędzi niemych i krzykliwych, mew, krukowatych, kwiczołów, skowronków, górniczków, śnieguł, trznadli, dzwońców, makolągw, rzepołuchów, zięb, jerów i wiele ptaków drapieżnych. Bogactwo to wynika z tego, że na polach można znaleźć nie tylko pokarm roślinny, lecz też wiele gryzoni, owadów i ich tłustych larw.
Pola wykorzystują też ssaki. Typowym przykładem jest sarna. Tworzy odmianę zwaną „sarną polną”, której stada liczące nierzadko po 60 osobników nie schodzą z pól w ogóle. U odmiany tej zaobserwowano już nawet zmiany morfologiczne przystosowujące ją do takiego trybu życia. Dziki również znajdą tu wiele pożywienia. Od lat 90. rozległe nieużytki sprzyjają rozwojowi populacji drapieżnych ssaków, takich jak: lisy, łasice i gronostaje, które myśliwi oskarżają o wyniszczenie kuropatw i zajęcy (możliwe, lecz nie potwierdzone badaniami). I tu ugorowane ogromne powierzchnie pól wpłynęły zapewne znacząco na faunę, lecz szczegółów, poza faktem, że na ugorach awifauna jest uboższa niż na użytkach, jeszcze nie znamy. Istnieje jednak przypuszczenie, że dzięki tzw. sukcesji regresywnej, czyli stepowieniu, powstaną obszary środowisk, na których wytworzą się nowe ekosystemy o specyficznych cechach, w których skład wejdą zupełnie nowe gatunki, a może nawet powrócą niektóre wymarłe (np. kulon i drop). W proces ten znów jednak wkracza człowiek, chcący zalesiać nieużytki polne.
            Jest oczywiste, że spośród wszystkich środowisk najczęściej i najsilniej zmieniającym się są środowiska polne i jeśli wyobrazimy sobie Europę z jej dominującymi obszarami rolniczymi, to możemy równocześnie uzmysłowić sobie, jak duży wpływ wywierają one na losy fauny. Pytanie: czy zwierzęta będą potrafiły nadążać za tymi kontynentalnymi już zmianami dyktowanymi przez wciąż zmieniającą się gospodarkę rolną... I które.

Tekst i rysunki: Artur Staszewski

Użytki rolne w województwie zachodniopomorskim zajmują 48,7% jego powierzchni (w tym grunty orne 38,4%). 60% użytków rolnych jest w posiadaniu gospodarstw indywidualnych i tylko 10% gruntów byłych PGR zostało nabytych przez nowych użytkowników; reszta tych terenów jest dzierżawiona. W województwie jest 38 600 indywidualnych gospodarstw rolnych (powyżej 1 ha) i 33 400 użytkowników działek rolnych (do 1 ha). Przeciętny areał pojedynczego gospodarstwa wynosi 18 ha i jest najwyższy w kraju. Większość użytków rolnych naszego regionu - około 77% - to gleby nie zanieczyszczone, o naturalnych zawartościach metali ciężkich.
(Wg „Raportu o stanie środowiska w województwie zachodniopomorskim w latach 1997-1998.” Inspekcja Ochrony Środowiska. Szczecin 1999.)

Możemy sobie wyobrazić co się dzieje z polem na którym każdego dnia żeruje kilka a nawet kilkadziesiąt tysięcy dzikich gęsi czy żurawi. Rząd Holandii, aby rozwiązać konflikt zaczął wypłacać farmerom odszkodowania, ale wkrótce zagroziło to wręcz załamaniem się budżetu. Podjęte badania wykazały, że straty są często zawyżane, gdyż nawet po okresie intensywnego żerowania ptaków, zbiory bywały normalne, a więc oszacowanie rzeczywistych szkód jest niemożliwe. W Polsce ornitolodzy proponowali rozwiązanie polegające na całkowitym zaniechaniu polowań na gęsi na noclegowiskach, a w zamian uprawianie polowań na polach. W ten sposób ptaki wodne nie byłyby płoszone w miejscach odpoczynkowych, a dzięki płoszeniu na polach stada byłyby rozpraszane i nie powodowały by tak dużych szkód w jednym miejscu. Niestety, mimo, iż podręczniki łowiectwa wymieniają aż pięć sposobów polowań na gęsi, myśliwi nadal wybierają jeden najłatwiejszy - strzelanie w pobliżu miejsc noclegowych.

Szkodniki ("Zielona Arka", wrzesień 2000)


O ptakach - szkodnikach ... inaczej

„...Jednocześnie jednak czyż trzeba specjalnie podkreślać, że jastrząb lub kania, porywające pisklęta z podwórka i gołębie z gołębnika, lub czapla i tracz, które osiadły na stawie rybnym, powinny być zabite lub odpędzone”.
S.   Buturlin. 1950. „Co i jak obserwować w życiu ptaków”.

Cytat z tego radzieckiego poradnika przetłumaczonego w ogromnym jak nawet na owe czasy nakładzie wcale nie powinien oburzać. Była to prawdziwie naukowa pozycja poparta dużą wiedzą i doświadczeniem autora. Nikomu wówczas nie przychodziło na myśl dzielenie roli zwierząt inaczej jak na pożyteczną i szkodliwą (dla człowieka oczywiście). I choć w nauce człowiek wyraźnie wyznacza sobie coraz węższe granice, to owa etyka i moralność współczesnej nauki okupiona została wstydliwym epizodem wytępienia alki olbrzymiej i kilkoma podobnymi. W sumie wszyscy podlegamy jakiejś ewolucji światopoglądowej - tak rolnicy, myśliwi jak i naukowcy, ale zwierzęta nic przecież o tym nie wiedzą.
Można podejrzewać, że człowiek podzielił zwierzęta na szkodliwe i pożyteczne w sposób naturalny. Chodziło przecież o zabezpieczenie źródła własnego bytu, na który, na nieszczęście dla szkodników, składał się nie tylko pokarm, ale też surowce (np. drewno - surowiec dla nas raczej niejadalny, ale niezbędny), czy sprawy wręcz rozrywkowe (zwierzyna łowna)... Ale jest chyba rzeczą niemal oczywistą, że gdyby to mucha, a nie człowiek, dostała od Natury lub Boga rozum - ewolucja jej cywilizacji przebiegałaby podobnie i może pryskałaby dziś ludzi człowiekozolami. Nie powinno się więc postrzegać gatunku ludzkiego jako „największego szkodnika” - co często można usłyszeć z ust filozofów ekologii, bo mieć więcej rozumu, to wcale nie oznacza mieć łatwiej.
Stereotypy z czasów Buturlina tkwią więc w nas jak zardzewiałe gwoździe w desce. Nauczyciel obniżył mi kiedyś ocenę pracy semestralnej o cały stopień, bo napisałem, że dzięcioły powodują szkody w drzewostanie, kując dziuple w drzewach. Wykładowcę uczono, że po prostu dzięcioły są bardzo pożyteczne, bo wydłubują z drzew szkodniki. Tymczasem dzięcioły duże (Dendrocopos major) bardzo chętnie kują dziuple lęgowe w dębach, co wielokrotnie widziałem. Są to szerokie korytarze sięgające do 1 m w głąb pnia. Drzewo zmniejsza w ten sposób wartość użytkową, a wszak sortymenty dębowe należą do najdroższych. W dodatku do takiej rany łatwo dostają się grzyby i szkodniki techniczne, doprowadzając drzewo do szybszej śmierci. A wiosną dzięcioły nakłuwają korę zdrowych brzóz spijając sok. Nie chodziło mi przy tym o udowodnienie, że dzięcioły są szkodnikami, lecz o zwrócenie uwagi na absurdalność takiego dzielenia zwierząt w lesie, w którym jak to się słusznie mówi - nic nie ginie, nawet obumarły dąb, który na wpół spróchniały może żyć jeszcze setki lat, choć w sensie użytkowym ledwie nadaje się już na opał. Wydaje się to zresztą oczywiste. Z tym, że chyba lepiej, aby dzięcioły pozostały na razie w gronie „sprzymierzeńców leśnika”, przynajmniej dopóki Brać Leśna będzie mówić o Białowieskim Parku Narodowym że jest to „cmentarzysko drzew!” (z jakichś tam Wiadomości telewizyjnych).
Współcześnie pojawiła się jednak myśl ekologiczna, mająca dać człowiekowi prawo do wyodrębnienia zwierząt szkodliwych dla zagrożonych gatunków, w rzekomo naukowy sposób. Przyrodnicy niejednokrotnie głoszą myśl redukcji populacji kruka, wrony, sroki i mewy srebrzystej - które to gatunki rozprzestrzeniły się nadmiernie i ponoć plądrują lęgi innych - rzadszych ptaków. Widywano kruki plądrujące lęgi bielików. To poważne oskarżenie. Doniesienia te trzeba traktować jednak bardzo ostrożnie. Szybko bowiem zapomniano, że kruk tuż po wojnie był na krawędzi zagłady właśnie na skutek tępienia. Dziś jest już wszędzie ptakiem pospolitym, a bieliki rozbudowują swą populację. Jeśli przyjrzymy się bliżej zaskakującej ekspansji kruka, to jak to najczęściej bywa, źródło „nieszczęścia” tkwi w działalności człowieka. Przez okrągły rok stado liczące ponad 160 tych ptaków może pożywiać się padliną z ferm drobiowych w pobliżu Goleniowa, które wyrzucają padłe zwierzęta „za płot”. Równie wielkie stada trzymają się okolic stawów rybnych, gdzie zawsze łatwo o śnięte ryby, zwłaszcza w okresie spuszczania wody. Ptaki te nic nie robią tylko jedzą, nawet się nie rozmnażając. Gdyby nie owe „stołówki”, populacja kruków uległaby naturalnej redukcji. W tym śledztwie dochodzimy więc do wniosku, że za ewentualne plądrowanie bielikowych gniazd przez kruki odpowiadają hodowcy drobiu i rybacy stawowi, a także służby kontrolne, mające nie dopuszczać do zagrożeń sanitarnych. Jeszcze gdy nie było tylu kruków, za jednego z największych szkodników wśród ptaków uchodziła wrona. Ale przyszły dla niej ciężkie czasy. Potężniejsze od niej kruki z łatwością znajdują jej duże gniazda zakładane na nieulistnionych jeszcze drzewach. Wrona nie wygrała też konkurencji z zamieszkującymi miasta srokami. Prześladowana przez kruki poza miastami i wypierana przez sroki w osiedlach ludzkich, staje się ptakiem coraz mniej licznym A sroki? Podobnie jak inne krukowate specjalizują się w wybieraniu jaj i piskląt. W przypadku tych gatunków zagrożenie jakie stwarzają dla rzadkości, jest bardziej życzeniem (bo „przecież bardzo musimy pomagać przyrodzie”) niż faktem. Nie jest  mi znana żadna polska publikacja w sposób naukowy, czyli obiektywny, oceniająca to zagadnienie, a wrażeniowa ocena szkodliwości zwierząt jakoś mnie nie przekonuje do ich tępienia. Tym bardziej, że trudno sobie wyobrazić, aby kruk czy wrona poszukiwały jednego z kilku gniazd rożeńca na Pomorzu, rezygnując z łatwiejszego łupu w postaci licznych lęgów ptaków pospolitych i nie zagrożonych, ewentualnie wszędzie leżącej padliny.
Już niemal od początku, gdy nad Wisłą i na wybrzeżu pojawiły się pierwsze lęgowe mewy srebrzyste, czyli od lat 70., ornitolodzy bili na alarm. Próbowano i próbuje się nadal demonizować tą dużą mewę jako żarłocznego i bezwzględnego drapieżnika. Blady strach padł na obrońców rzadkich gatunków, gdy w okolicach Świnoujścia i Koszalina kolonie tych mew zaczęły liczyć setki par. Miałem możliwość spędzania wielu dni w okolicach największej polskiej kolonii koło Świnoujścia, liczącej w okresie swej świetności, czyli jeszcze do roku 1995, około 1000 par. Cóż takiego się stało, że w środku tego „piekła” bezbronne kaczki, w tym rzadkie płaskonosy, rożeńce i ohary, zakładały dziesiątki własnych gniazd i z powodzeniem wyprowadzały wiele lęgów. Otóż wielu obrońców przyrody wprawdzie potrafi świetnie ją obserwować, ale jak się zdaje nie zawsze ją rozumie. Gdyby nadgorliwi ochroniarze doprowadzili do wyjęcia mewy srebrzystej spod ochrony, doprowadziliby równocześnie zapewne do istnej katastrofy w tutejszym ekosystemie. Kolonie mew przyciągają bowiem ogromne ilości innych gatunków, które wykorzystują ochronę jaką dają im czujne i agresywne mewy. Niektóre gatunki, jak na przykład perkozy zauszniki, gniazdują tylko w koloniach mew. Pojedyncze lęgi są bardziej narażone na atak drapieżników, a samotni rodzice nie mają szans ich obronić. Bilans jest zawsze korzystny dla populacji gatunku: nawet jeśli część lęgów padnie łupem mew, to i tak wychowa się tu więcej młodych niż na terenach poza kolonią. Mewy srebrzyste wcale nie są specjalistami w polowaniach. To dość trudna sztuka i pochłania wiele energii. Całe dnie spędzają natomiast na wydobywaniu odpadków z wielkiego wysypiska śmieci koło Przytoru. Na szczęście nie zdążono wyjąć mewy srebrzystej spod ochrony. Po krótkotrwałej ekspansji zaczynają opuszczać lęgowiska na zachodnim wybrzeżu i kto wie, czy nie wyprowadzą się od nas na zawsze. Może jakimś tajemniczym ptasim zmysłem zrozumiały, że nie są tu miłymi gośćmi?
W gruncie rzeczy problem tkwi w upowszechnieniu pewnego stereotypu. Bocian biały - ptak u nas pospolity i słusznej masy - swoje zjeść musi. I pomimo, że stereotyp głosi, iż bocian zjada po prostu żaby, to jeszcze nie słychać, żeby ktoś oskarżał tego ptaka o szkodnictwo. Bo bocianowi wolno, chociaż naukowcy biją na alarm, że populacja naszych płazów gwałtownie maleje. Kruka po prostu chcemy przyłapać, to go przyłapiemy, a że żabami raczej gardzi, to poczekamy aż zbroi coś innego.
Podsumowując - na temat szkodników potrzebne jest nowe myślenie, także wśród naukowców. Najlepszy przykład do naśladowania dał ostatnio Jerzy Przybysz w swojej monografii „Kormoran”. Oprócz skrupulatnych badań na temat tzw. „szkodliwości” kormorana i przytaczania szeregu dowodów na jej brak1) , autor proponuje wprost: „Jest nas, ludzi w Polsce, niemal tysiąc razy więcej niż kormoranów. Jeśli każdy z nas zrezygnuje w roku z jednej 100 gramowej płotki wykarmimy do syta wszystkie. Czy musimy je niszczyć, by oszczędzić sobie tę jedną płotkę?”.
Artur Staszewski


1 ) Autor podaje taki oto przykład wyliczenia: „Drugim błędem jest założenie, że wszystkie zjedzone przez kormorany ryby zostałyby odłowione przez człowieka. Spróbujmy przeprowadzić hipotetyczny rachunek. Przyjmijmy, że w eksploatowanym przez rybaków i kormorany zbiorniku znajduje się 100 jednostek ryb, z czego oboje odławiają po 10%. Z rozumowań rybaków wynika, że przepędzając kormorany odłowią podwójną ilość ryb. Tymczasem, gdy kormoran skonsumuje swoje 10%, w zbiorniku pozostaje 90 jednostek ryb, z których rybacy odławiając swoje 10% pozyskają 9 jednostek. Stracą więc tylko jedną jednostkę. W praktyce niemal ze wszystkich wyliczeń wynika, że kormorany konsumują 5-10% masy ryb odławianych przez rybaków. Wówczas zubożą ich o 0,1 jednostki ryb”.

Obcy! ("Zielona Arka", grudzień 2002)


Uwaga – obcy!

W horrorze o Obcym trup ściele się gęsto i często. Obcy jest tu przedstawiany jako bezwzględny pasożyt i drapieżca, niezniszczalne monstrum o niewiarogodnej odporności i woli przetrwania. Obcy, mimo że wygląda na zwierzę, jest istotą inteligentną, szybko uczącą się od ludzi wszystkich ich najgorszych cech mogących ułatwić mu podbój. Nie ma siły, która mogłaby go powstrzymać. W filmie ludzkość po raz pierwszy spotyka na drodze kolonializmu przeciwnika godnego siebie .

Analogii wcale nie trzeba poszukiwać ani w fantastyce, ani w kosmosie. Jest ich całe mnóstwo, tuż obok nas, w realnym świecie. Pierwsi kolonialiści z Europy przywieźli na Hawaje i inne pobliskie wyspy szczury, świnie, psy i koty. Już w ciągu paru lat zwierzęta te wytępiły bezpowrotnie większość żyjących tam endemicznych gatunków ptaków. Przywiezione do Australii króliki stały się taką plagą, że tępi się je bezskutecznie wszystkimi możliwymi metodami – również chemicznie. Dziesiątki tysięcy ludzi zginęło podczas budowy Kanału Panamskiego na żółtą febrę, której wirus przybył tu wraz z egipskim komarem na statkach niewolniczych... I tak dalej.
To tylko przykłady skutków kolonializmu, który zawsze niósł ze sobą śmierć i zniszczenie. W znakomitej większości obce gatunki pojawiały się na nowych lądach wraz z człowiekiem, którego grzechów związanych z tym procederem nie sposób zliczyć. To, o co chodzi filmowemu Obcemu, do złudzenia przypomina „dzieło” Europejczyków w epoce kolonializmu – wyniszczenie tubylczych ludów, odebranie im ziemi, zrobienie z nich niewolników, zniszczenie miejscowej kultury i naturalnego środowiska.
Wśród ekspansywnych zwierząt i roślin jest różnie. Najeźdźcy przybyli do Europy rzadko powodują tu zagładę – częściej fauna europejska zakłóca delikatną równowagę cieplejszych lądów pełnych endemitów. Najczęściej gatunek kolonizujący nowe obszary cechuje się bezwzględną zaborczością terytorialną. Nie przyjmuje żadnych warunków. Jest zdobywcą narzucającym własne warunki i jeśli przeszkadza mu gatunek pokrewny – zwykle skutecznie go wypiera. Obcemu wszystko sprzyja – zazwyczaj brak wrogów naturalnych i chorób, z którymi musi walczyć miejscowy krewniak.
Ekspansja terytorialna jest jednocześnie tak naturalną potrzebą, jak jedzenie i rozmnażanie się. Ograniczenia występują w specyficznych cechach gatunkowych: zdolnościach komunikacyjnych, czy umiejętności do aklimatyzacji w nowym środowisku. Natura nie wszystkim pozwala więc na szerokie rozprzestrzenianie się. Pingwiny raczej do Polski nie dotrą.
Z pewnością największymi możliwościami ekspansji dysponują ptaki, które mogą szybko przemieszać się nie tylko po całych kontynentach, ale również między nimi, a rybitwa popielata każdego roku wędruje od bieguna do bieguna. Rybitwa ta mogłaby więc teoretycznie skolonizować cały świat, ale gnieździ się tylko w północnych rejonach Eurazji i Ameryki Północnej. Jest całe mnóstwo dalekich wędrowców, choćby bociany białe, które zimują aż w południowej Afryce. Zaraz oczywiście nasuwa się pytanie – dlaczego ptaki te nie zakładają gniazd na zimowiskach? Pytanie odwieczne, jak sama tajemnica ptasich wędrówek. Najkrócej można byłoby odpowiedzieć: bo nie jest to ich środowisko lęgowe. Inaczej mówiąc – roczny cykl życia u ptaków jest mocno genetycznie zakorzeniony, choć w wyniku oddziaływania pewnych czynników (na przykład zmian klimatycznych), mogą wystąpić odstępstwa. Instynkt wędrówkowy zanika na przykład u zachodnio- i środkowoeuropejskiej populacji intensywnie dokarmianych łabędzi niemych.
To dziwne, ale na podbój nowych ziem wyruszają zazwyczaj ptaki osiadłe, lub przynajmniej częściowo osiadłe, rzadko wędrowne. Jedną z najbardziej spektakularnych ekspansji odbyła sierpówka. Jeszcze w początku XX. wieku najdalej na północ i zachód docierała ona do Bułgarii, w latach 30. zajęła Węgry, w Polsce stwierdzona po raz pierwszy w 1943 r. w Lublinie. Współcześnie sierpówka występuje prawie w całej Europie i należy do najliczniejszych miejskich ptaków.
Nie jest to jednak rekordowy wyczyn. Najbardziej zdumiewającą samoistną ekspansją wykazuje się współcześnie czapla złotawa (Bubulcus ibis). Z Azji Mniejszej i Północnej Afryki gatunek ten wyruszył najpierw na podbój całej Afryki i południowej Europy. W 1910 r. przeleciała Atlantyk i dotarła do Ameryki Południowej skąd w 1930 r. zaczęła kolonizować obie Ameryki z takim sukcesem, że już w 1956 r. na samej tylko Florydzie gniazdowało 6000 par. Na tym się jednak nie skończyło. W 1948 r. czapla złotawa dotarła do Australii i Nowej Zelandii. Współcześnie nie ma jej tylko w gęstych lasach oraz w północnych rejonach kuli ziemskiej, gdzie jest dla niej na razie za zimno.
Zarówno sierpówka, jak i czapla złotawa odniosły sukces głównie z jednego powodu – braku konkurencji. Nie ma dowodu na to, że ich ekspansja przyniosła jakiekolwiek straty dla miejscowych gatunków i ich środowiska. W przypadku ptaków jedynie nieliczne gatunki mogą powodować wypieranie innych. Tak jest na przykład z dużymi mewami, które bywają groźnymi drapieżnikami niszczącymi lęgi miejscowych ptaków.
Wyjątkowe przypadki, to gatunki kosmopolityczne – występujące na całym świecie.  Należy do nich na przykład sokół wędrowny i płomykówka, dla których ornitolodzy wyszczególnili po kilkadziesiąt podgatunków. Nie wiadomo jednak kiedy i w jaki sposób ptaki te opanowały całą kulę ziemską.
W przypadku ptaków bardzo trudno jest dowieść ich negatywnego wpływu na miejscowe środowisko podczas inwazji. Istnieje poza tym przypuszczenie, że ekspansje terytorialne ptaków są zjawiskiem cyklicznym, a więc naturalnym, powtarzającym się z pewną częstotliwością, nawet co 50 i 100 lat, a może jeszcze rzadziej, czego przykładem jest kormoran. Inaczej ma się sprawa z ssakami. Mają one znacznie mniejsze zdolności komunikacyjne od ptaków i dlatego bardzo rzadko i powoli samoistnie kolonizują nowe obszary. Większości tym zwierząt pomógł w ekspansji człowiek.
Norki amerykańskiej nie przywiało do Europy tornado, ani nie przepłynęła Atlantyku – sprowadził ją człowiek i to z pełną świadomością. Gatunek ten doskonale znosi niewolę w ciasnych klatkach i głównie dlatego szybko stał się jednym z najpopularniejszych zwierząt futerkowych w prawie całej Europie. Niezwykle drapieżna, agresywna norka amerykańska, uciekając z niewoli zaczęła wypierać i tak już przetrzebioną populację norki europejskiej, która ocalała współcześnie prawdopodobnie tylko na wschodzie Europy i w azjatyckiej części Rosji, gdzie wciąż trwa jej wypieranie przez gatunek pokrewny.
            Przykładów podobnych do norki jest więcej, ale w innych przypadkach rzadko udowodniono tak drastyczny wpływ obcego na rodzimą przyrodę europejską (poza zwiększeniem zagrożenia dla ptasich lęgów – być może wyolbrzymionym). Mowa tu o jenocie, którego ojczyzną jest północno-wschodnią Azja i którego wsiedlono do zachodniej części ZSRR, skąd już w latach 50. przedostał się do Polski i nadal kolonizuje Europę. Dobrze czuje się w Europie również amerykański szop, sprowadzony do Hesji w Niemczech w 1934 r. Nieźle radzi sobie nutria – przybysz z Ameryki Południowej zaaklimatyzował się zwłaszcza na południu i zachodzie Europy. Jeszcze lepiej powodzi się piżmakowi z Ameryki Północnej, którego sprowadził (dla futra oczywiście) w 1905 r. książe Colloredo-Mansfeld do swojego majątku pod Pragą, skąd gryzoń rozprzestrzenił się po Europie. Już w latach 20. XX. wieku zaczęto go intensywnie tępić, jako szkodnika urządzeń melioracyjnych, ale bezskutecznie. W dodatku w tym samym czasie w europejskiej części ZSRR wypuszczono na wolność 80 000 piżmaków skąd rozprzestrzeniły się aż po Skandynawie, Syberię i Azję Środkową. Do tej listy dodajmy jeszcze północnoamerykańską wiewiórkę szarą, którą w liczbie 350 osobników wypuszczono w Anglii w 1889 r. Tu już musiał pojawić się konflikt z rodzimą wiewiórką pospolitą, która zdawało się, że całkowicie zniknie z Wysp. Jednak w którymś momencie oba gatunki zaczęły koegzystować i zmniejszona populacja wiewiórki pospolitej utrzymuje się obecnie na stałym poziomie. Nie każdy wie, że zarówno szczur wędrowny, jak i szczur śniady przybyły do Europy dopiero w czasach wczesnohistorycznych, prawdopodobnie z Azji. We Włoszech i na Bałkanach żyją jeżozwierze, które zawleczono tam już w czasach starożytnych.
            Jeszcze więcej można byłoby podać przykładów ze świata roślin. W lasach całej Polski spotykamy wiele obcych gatunków drzew – sadzonych tu kiedyś specjalnie ze względu na ich szczególne walory. Takie drzewa jak daglezja czy dąb czerwony – pochodzące z Ameryki Północnej – są odporniejsze na tutejszy klimat niż wiele podobnych gatunków rodzimych oraz rzadko są atakowane przez szkodniki i choroby. Pomorskie świerki były również sztucznie wsiedlane – dziś dziesiątkują je choroby i szkodniki, a leśnicy rezygnują z ich uprawy.
            Świat miesza się więc coraz bardziej i jakie będą ostateczne skutki takiej globalizacji trudno przewidzieć, choć jest się czego obawiać. Jest coś smutnego w tym, że jadąc do Ameryki Południowej natkniemy się tam na całe połacie łąk identycznych jak w Europie... Tak, tak – zawleczono tam wiele gatunków roślin zielnych, których ekspansywność wyparła rodzimą florę. Również po to, żeby obserwować na wolności papugi, wcale nie musimy wybierać się do tropików, bo populacje kilku gatunków są już liczone w Niemczech i Wielkiej Brytanii w tysiącach rozmnażających się na swobodzie ptaków. W podgrzewanych wodach polskich rzek i jezior coraz częściej łowione są amazońskie piranie. W Anglii od lat żyją podobno na swobodzie pumy. Na bazarach i w sklepach zoologicznych możemy wybierać i przebierać w egzotycznych zwierzętach: owadach, pająkach, płazach, gadach, ptakach i ssakach. W Gdańsku jednej z posesji pilnuje... aligator. Tylko patrzeć jak z Puszczy Wkrzańskiej wybiegnie na drogę... słoń.

Artur Staszewski

Z Ustawy o ochronie przyrody:
Art. 42. 1. Zabrania się wprowadzania do środowiska przyrodniczego zwierząt lub roślin, a także ich form rozwojowych, obcych rodzimej faunie i florze.

Niezwykłym przypadkiem okazał się zawleczony w 1912 r. z Chin do Niemiec krab wełnistoręki. Rozmnożył się on szczególnie w nurtach Łaby i Wezery, których zanieczyszczenie było tak ogromne, ze ginęły w nich masowo wszystkie inne zwierzęta. Skorupiak był odporny na trucizny i żywił się martwymi zwierzętami. Do lat 70. rozmnożył się w wielomilardową populację wędrującą między Morzem Północnym a Pragą. Miał  poza tym dodatkową, nadzwyczajną zdolność przetrwania bez pożywienia przez okres wielu miesięcy. Gdy jednak w wyniku postępu ekologii do rzek zaczęło wracać życie, krabom zaczęło brakować pożywienia i masowo wymierały. Z braku padliny pożerały się nawzajem i współcześnie prawie całkowicie wyginęły.

W 1883 r. potężny wybuch wulkanu zniszczył całkowicie życie na małej wysepce Karakatau, leżącej ok. 25 mil morskich od wybrzeży Jawy i Sumatry. 45 lat później stwierdzono tam obecność już 350 gatunków zwierząt, w tym dwa gatunki myszowatych, które dostały się na wyspę bez udziału człowieka.

Przykładem wypierania jednego gatunku rośliny przez inny są niecierpki. Sprowadzony z Azji i szybko rozprzestrzeniający się w Europie niecierpek drobnokwiatowy wdziera się do cienistych i wilgotnych lasów, nad strumykami i potokami stacza zwycięskie walki ze znacznie większym od siebie  rodzimym niecierpkiem pospolitym. Tajemnica zwycięstwa obcego tkwi w znacznie większej produktywności nasion i porastaniu powierzchni w dużym zwarciu – zagłuszającym rozproszone osobniki krewniaka. W ostatnich latach pojawił się masowo na zachodzie Polski chyba jeszcze bardziej niebezpieczny niecierpek Roylego.

Miasto ("Zielona Arka", kwiecień 2004)


Bloki

Może nie zdajemy sobie sprawy z tego, że niechcący stworzyliśmy ogromne powierzchnie nowych środowisk, które w pewnym sensie spełniają funkcje ścisłych rezerwatów. Są to aglomeracje miejskie. Chronimy to środowisko nieświadomi, że o to właśnie chodzi zamieszkującym je zwierzętom.

            Mimo, że w ulicznych wąwozach sztucznych „gór skalistych” więcej zwierząt marnieje i ginie, aniżeli dorasta, mimo groteskowo wzmożonej aktywności seksualnej, mimo brudu, smrodu, hałasu i zatrucia, które rujnują zdrowie – nieustanny ich napływ z terenów pozamiejskich trwa.
            Zacznijmy na przykład od piwnicy. Jest tu zawsze mniej więcej stała temperatura, cicho, sucho i przytulnie. Nie dla człowieka oczywiście, ale na przykład dla wielkich, czarnych pająków – kątników domowych. Jeśli zaskoczymy je nagłym zapaleniem światła, przycupną w rogu byśmy ich nie zauważyli. Pytanie – co niby w tych ciemnościach jedzą? Otóż wbrew pozorom nie brakuje im wcale pokarmu. Tępią bowiem z zapałem takie bezkręgowce, jak: stonogi, rybiki, krocionogi, skolopendry i skorki. Tylko wydaje nam się, że w piwnicy nie ma innych zwierząt niż koty. Jeśli jednak mieszkańcy bloku nie chcą mieć kotów w piwnicy, z pewnością będą mieli w mieszkaniach myszy, a nawet szczury. Ich drogami komunikacyjnymi są systemy klimatyzacyjne i kanalizacyjne. Ale mysz a nawet szczur w domu to mały problem. Zdarza się, że tymi samymi drogami wędrują znacznie bardziej uciążliwe zwierzęta. Na przykład pluskwy.
            Ale wyjdźmy już może z mrocznych zakamarków bloku. Rozejrzyjmy się trochę po oknach, ale dyskretnie, żeby sąsiedzi nie posądzili nas o podglądactwo. Starsze bloki mają na tyle głębokie wnęki okienne, że mogą pod nimi pomieścić się gniazda oknówek. Poczciwe jaskółki budują je pieczołowicie z mieszaniny błota, siana i śliny. Tworzą niekiedy całe kolonie lęgowe mogące liczyć do kilkuset gniazd na jednym bloku.
            Wczesnym rankiem, gdzieś na samym wierzchołku anteny zasiada czarny kopciuszek i budzi nas zgrzytliwym trelem. Jego śpiew przypomina trochę zapalanie zapałki i jest obok wyjeżdżającego z piekarni dostawcy pieczywa, jednym z pierwszych dźwięków budzącego się miasta. Swoje gniazdo kopciuszek umieszcza w rozmaitych zakamarkach – w załamaniach lub pęknięciach w murze, w szczelinie lub w wywietrzniku.
            Latem mogą nas również obudzić przeraźliwe wrzaski stada jerzyków. To wyjątkowe ptaki, gdyż prawie całe życie spędzają w powietrzu, gdzie nawet śpią. Lądują właściwie tylko w gnieździe, które umieszczają najczęściej w szczelinach między płytami bloków.
Oknówka, jerzyk i kopciuszek to typowi mieszkańcy bloku, których pierwotnym środowiskiem życia były naturalne skały. Ale kos?  A jednak kosy dość często budują gniazda na balkonach, w doniczkach po kwiatach, czy między rynną a ścianą. Oświetlone dzielnice blokowisk sprawiają, że właściwie nigdy nie ma tu zupełnych nocy. Kosom się to podoba, bo mogą śpiewać, gdy ich głosów nie zagłusza już miejski zgiełk.
Nie zapomnimy również o naszym poczciwym wróbelku. Już od wielu lat wróbel występuje prawie wyłącznie w ludzkich osiedlach i bardzo rzadko gnieździ się poza nimi. Zupełnie niepozorny. Nawet jego śpiew zupełnie nie rzuca się w uszy, ale gdyby go nie było, to z pewnością poczulibyśmy, że czegoś nam brakuje. Wróbel jest po prostu najwierniejszym skrzydlatym towarzyszem człowieka z miasta.
Miasta upodobały sobie także gołębie i to aż trzy gatunki. Te najbardziej oswojone, jedzące nam z ręki, to gołębie miejskie. Pochodzą one od dzikiego gołębia skalnego i krzyżują się z hodowlanymi gołębiami domowymi, przez co mają różne ubarwienie. Gołąb grzywacz woli raczej zieleń miejską, ale często umieszcza gniazda w różnych zakamarkach domów, a nawet na balkonach. Sierpówka to „najmłodszy” z miejskich gołębi, bo przywędrował do nas dopiero w 1942 r. i obecnie występuje we wszystkich dużych i średnich miastach, np. w Warszawie 3-5 tys. par. Interesujący jest bardzo rozciągnięty okres lęgowy u miejskich gatunków gołębi. Gołąb miejski może na przykład gnieździć się przez okrągły rok. Także sierpówki i grzywacze mogą rozpoczynać lęgi już w lutym, a ostatnie gniazda z pisklętami znajdowano nawet w listopadzie.
Zejdziemy ze ścian, balkonów i anten na samą ziemię. Gdy zbliża się wieczór oczy ukrytej pod pozostałymi po budowie betonowymi płytami kuny domowej zaczynają śledzić ruch ostatnich wracających do domu ludzi. W odpowiednim momencie drapieżnik zacznie przemykać po zakamarkach w poszukiwaniu ptaków i gryzoni. Lisy i dziki odpoczywające dotąd w bezpiecznych kryjówkach na peryferiach wielkiego miasta, podniosą się i zaczną powoli iść w kierunku blokowych śmietników i trawników. To już nie jest przewidywanie przeszłości. To prawda, o której od paru lat mogą przekonać się mieszkańcy Szczecina. A przyszłość może być taka jak w innych dużych miastach świata. W Londynie w 1976 r. żyło 3 tys. lisów. W Berlinie stada dzików ryją w grobach i przewracają kamienie nagrobkowe. Nowy York zamieszkany jest przez 90 milionów szczurów. W kloakach Nowego Orleanu żyją krokodyle i aligatory żywiące się szczurami, psami i kotami.

Ludzie stwarzają wszystkim tym zwierzętom prawdziwe rezerwaty. Przestają one bać się tu ludzi, bo nikt do nich nie strzela, ani nawet ich nie przegania. Ba – są tu nawet regularnie dokarmiane w karmnikach, nad wodą, a zwłaszcza na śmietnikach. W chwili obecnej w miastach całego świata żyją już wielomilionowe populacje zwierząt, które postanowiły porzucić naturalne biotopy i opanować całkiem nowe środowiska. Chcemy czy nie chcemy kątniki, jaskółki, szczury i lisy są już naszymi współmieszkańcami, żyją w tym samym biotopie i zjadają nasze pożywienie. O ile może nam zupełnie nie wadzić maleńki kopciuszek, który uwił sobie gniazdo w wyłomie muru, o tyle wataha niepłochliwych dzików buchtujących trawnik budzi nasz niepokój. Ale paradoksalnie z czasem także ludzie przyzwyczajają się do obecności dzikich zwierząt w swoim środowisku. Żyjące na Florydzie, dochodzące do 4 m długości aligatory bardzo szybko pojęły, że nie muszą uciekać przed człowiekiem, wygrzewają się więc na słońcu na placach golfowych i tenisowych, w ogródkach przydomowych i na autostradach, gdzie polują na psy i koty domowe.
Cóż począć? Walczyć, czy przyzwyczajać się? Nierozważnie wypieramy dzikie zwierzęta z ich naturalnych środowisk, niszczymy ich biotopy, wdzieramy się z osiedlami w najdalsze zakątki Ziemi – w miejsca, które nie są dla nas przyjazne, kusimy je tworzoną na własne potrzeby wygodą i przepychem.
Trudno mieć pretensje do rzeki, że popłynie tym korytem, który my jej wykopiemy...

Artur Staszewski

Jeszcze 160 lat temu w żadnym mieście nie było, z wyjątkiem pustułek, swobodnie żyjących ptaków, nie było nawet wróbli. W 1966 r. w granicach Hamburga żyło około 120 tys. ptaków,  w tym prawie 40 000 wróbli i 15 000 kosów.

Kiedyś w Londynie stos rur drenażowych wprowadził miejskiego rudzika w stan ogłupienia. Samica chciała koniecznie wysiadywać w tych ulicznych „nie zamieszkanych jamach”. Ale wciąż myliła otwory i w końcu wybudowała nie mniej jak 23 gniazda. Jest jasne, że mimo tej gorączkowej działalności przepracowany ptak nie doprowadził do wyklucia ani jednego jaja – oto symbol wielkomiejskiego zapału do pracy i żałosnych jego wyników.

Dwie rocznice – czyli Kaczmarski i Smoleńsk

Wczoraj większość mediów zwróciła uwagę na dwie najważniejsze, ich zdaniem, rocznice w jednej dacie: 10 kwietnia - to rocznica zarówno...