Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 26 marca 2018

Szkodniki ("Zielona Arka", wrzesień 2000)


O ptakach - szkodnikach ... inaczej

„...Jednocześnie jednak czyż trzeba specjalnie podkreślać, że jastrząb lub kania, porywające pisklęta z podwórka i gołębie z gołębnika, lub czapla i tracz, które osiadły na stawie rybnym, powinny być zabite lub odpędzone”.
S.   Buturlin. 1950. „Co i jak obserwować w życiu ptaków”.

Cytat z tego radzieckiego poradnika przetłumaczonego w ogromnym jak nawet na owe czasy nakładzie wcale nie powinien oburzać. Była to prawdziwie naukowa pozycja poparta dużą wiedzą i doświadczeniem autora. Nikomu wówczas nie przychodziło na myśl dzielenie roli zwierząt inaczej jak na pożyteczną i szkodliwą (dla człowieka oczywiście). I choć w nauce człowiek wyraźnie wyznacza sobie coraz węższe granice, to owa etyka i moralność współczesnej nauki okupiona została wstydliwym epizodem wytępienia alki olbrzymiej i kilkoma podobnymi. W sumie wszyscy podlegamy jakiejś ewolucji światopoglądowej - tak rolnicy, myśliwi jak i naukowcy, ale zwierzęta nic przecież o tym nie wiedzą.
Można podejrzewać, że człowiek podzielił zwierzęta na szkodliwe i pożyteczne w sposób naturalny. Chodziło przecież o zabezpieczenie źródła własnego bytu, na który, na nieszczęście dla szkodników, składał się nie tylko pokarm, ale też surowce (np. drewno - surowiec dla nas raczej niejadalny, ale niezbędny), czy sprawy wręcz rozrywkowe (zwierzyna łowna)... Ale jest chyba rzeczą niemal oczywistą, że gdyby to mucha, a nie człowiek, dostała od Natury lub Boga rozum - ewolucja jej cywilizacji przebiegałaby podobnie i może pryskałaby dziś ludzi człowiekozolami. Nie powinno się więc postrzegać gatunku ludzkiego jako „największego szkodnika” - co często można usłyszeć z ust filozofów ekologii, bo mieć więcej rozumu, to wcale nie oznacza mieć łatwiej.
Stereotypy z czasów Buturlina tkwią więc w nas jak zardzewiałe gwoździe w desce. Nauczyciel obniżył mi kiedyś ocenę pracy semestralnej o cały stopień, bo napisałem, że dzięcioły powodują szkody w drzewostanie, kując dziuple w drzewach. Wykładowcę uczono, że po prostu dzięcioły są bardzo pożyteczne, bo wydłubują z drzew szkodniki. Tymczasem dzięcioły duże (Dendrocopos major) bardzo chętnie kują dziuple lęgowe w dębach, co wielokrotnie widziałem. Są to szerokie korytarze sięgające do 1 m w głąb pnia. Drzewo zmniejsza w ten sposób wartość użytkową, a wszak sortymenty dębowe należą do najdroższych. W dodatku do takiej rany łatwo dostają się grzyby i szkodniki techniczne, doprowadzając drzewo do szybszej śmierci. A wiosną dzięcioły nakłuwają korę zdrowych brzóz spijając sok. Nie chodziło mi przy tym o udowodnienie, że dzięcioły są szkodnikami, lecz o zwrócenie uwagi na absurdalność takiego dzielenia zwierząt w lesie, w którym jak to się słusznie mówi - nic nie ginie, nawet obumarły dąb, który na wpół spróchniały może żyć jeszcze setki lat, choć w sensie użytkowym ledwie nadaje się już na opał. Wydaje się to zresztą oczywiste. Z tym, że chyba lepiej, aby dzięcioły pozostały na razie w gronie „sprzymierzeńców leśnika”, przynajmniej dopóki Brać Leśna będzie mówić o Białowieskim Parku Narodowym że jest to „cmentarzysko drzew!” (z jakichś tam Wiadomości telewizyjnych).
Współcześnie pojawiła się jednak myśl ekologiczna, mająca dać człowiekowi prawo do wyodrębnienia zwierząt szkodliwych dla zagrożonych gatunków, w rzekomo naukowy sposób. Przyrodnicy niejednokrotnie głoszą myśl redukcji populacji kruka, wrony, sroki i mewy srebrzystej - które to gatunki rozprzestrzeniły się nadmiernie i ponoć plądrują lęgi innych - rzadszych ptaków. Widywano kruki plądrujące lęgi bielików. To poważne oskarżenie. Doniesienia te trzeba traktować jednak bardzo ostrożnie. Szybko bowiem zapomniano, że kruk tuż po wojnie był na krawędzi zagłady właśnie na skutek tępienia. Dziś jest już wszędzie ptakiem pospolitym, a bieliki rozbudowują swą populację. Jeśli przyjrzymy się bliżej zaskakującej ekspansji kruka, to jak to najczęściej bywa, źródło „nieszczęścia” tkwi w działalności człowieka. Przez okrągły rok stado liczące ponad 160 tych ptaków może pożywiać się padliną z ferm drobiowych w pobliżu Goleniowa, które wyrzucają padłe zwierzęta „za płot”. Równie wielkie stada trzymają się okolic stawów rybnych, gdzie zawsze łatwo o śnięte ryby, zwłaszcza w okresie spuszczania wody. Ptaki te nic nie robią tylko jedzą, nawet się nie rozmnażając. Gdyby nie owe „stołówki”, populacja kruków uległaby naturalnej redukcji. W tym śledztwie dochodzimy więc do wniosku, że za ewentualne plądrowanie bielikowych gniazd przez kruki odpowiadają hodowcy drobiu i rybacy stawowi, a także służby kontrolne, mające nie dopuszczać do zagrożeń sanitarnych. Jeszcze gdy nie było tylu kruków, za jednego z największych szkodników wśród ptaków uchodziła wrona. Ale przyszły dla niej ciężkie czasy. Potężniejsze od niej kruki z łatwością znajdują jej duże gniazda zakładane na nieulistnionych jeszcze drzewach. Wrona nie wygrała też konkurencji z zamieszkującymi miasta srokami. Prześladowana przez kruki poza miastami i wypierana przez sroki w osiedlach ludzkich, staje się ptakiem coraz mniej licznym A sroki? Podobnie jak inne krukowate specjalizują się w wybieraniu jaj i piskląt. W przypadku tych gatunków zagrożenie jakie stwarzają dla rzadkości, jest bardziej życzeniem (bo „przecież bardzo musimy pomagać przyrodzie”) niż faktem. Nie jest  mi znana żadna polska publikacja w sposób naukowy, czyli obiektywny, oceniająca to zagadnienie, a wrażeniowa ocena szkodliwości zwierząt jakoś mnie nie przekonuje do ich tępienia. Tym bardziej, że trudno sobie wyobrazić, aby kruk czy wrona poszukiwały jednego z kilku gniazd rożeńca na Pomorzu, rezygnując z łatwiejszego łupu w postaci licznych lęgów ptaków pospolitych i nie zagrożonych, ewentualnie wszędzie leżącej padliny.
Już niemal od początku, gdy nad Wisłą i na wybrzeżu pojawiły się pierwsze lęgowe mewy srebrzyste, czyli od lat 70., ornitolodzy bili na alarm. Próbowano i próbuje się nadal demonizować tą dużą mewę jako żarłocznego i bezwzględnego drapieżnika. Blady strach padł na obrońców rzadkich gatunków, gdy w okolicach Świnoujścia i Koszalina kolonie tych mew zaczęły liczyć setki par. Miałem możliwość spędzania wielu dni w okolicach największej polskiej kolonii koło Świnoujścia, liczącej w okresie swej świetności, czyli jeszcze do roku 1995, około 1000 par. Cóż takiego się stało, że w środku tego „piekła” bezbronne kaczki, w tym rzadkie płaskonosy, rożeńce i ohary, zakładały dziesiątki własnych gniazd i z powodzeniem wyprowadzały wiele lęgów. Otóż wielu obrońców przyrody wprawdzie potrafi świetnie ją obserwować, ale jak się zdaje nie zawsze ją rozumie. Gdyby nadgorliwi ochroniarze doprowadzili do wyjęcia mewy srebrzystej spod ochrony, doprowadziliby równocześnie zapewne do istnej katastrofy w tutejszym ekosystemie. Kolonie mew przyciągają bowiem ogromne ilości innych gatunków, które wykorzystują ochronę jaką dają im czujne i agresywne mewy. Niektóre gatunki, jak na przykład perkozy zauszniki, gniazdują tylko w koloniach mew. Pojedyncze lęgi są bardziej narażone na atak drapieżników, a samotni rodzice nie mają szans ich obronić. Bilans jest zawsze korzystny dla populacji gatunku: nawet jeśli część lęgów padnie łupem mew, to i tak wychowa się tu więcej młodych niż na terenach poza kolonią. Mewy srebrzyste wcale nie są specjalistami w polowaniach. To dość trudna sztuka i pochłania wiele energii. Całe dnie spędzają natomiast na wydobywaniu odpadków z wielkiego wysypiska śmieci koło Przytoru. Na szczęście nie zdążono wyjąć mewy srebrzystej spod ochrony. Po krótkotrwałej ekspansji zaczynają opuszczać lęgowiska na zachodnim wybrzeżu i kto wie, czy nie wyprowadzą się od nas na zawsze. Może jakimś tajemniczym ptasim zmysłem zrozumiały, że nie są tu miłymi gośćmi?
W gruncie rzeczy problem tkwi w upowszechnieniu pewnego stereotypu. Bocian biały - ptak u nas pospolity i słusznej masy - swoje zjeść musi. I pomimo, że stereotyp głosi, iż bocian zjada po prostu żaby, to jeszcze nie słychać, żeby ktoś oskarżał tego ptaka o szkodnictwo. Bo bocianowi wolno, chociaż naukowcy biją na alarm, że populacja naszych płazów gwałtownie maleje. Kruka po prostu chcemy przyłapać, to go przyłapiemy, a że żabami raczej gardzi, to poczekamy aż zbroi coś innego.
Podsumowując - na temat szkodników potrzebne jest nowe myślenie, także wśród naukowców. Najlepszy przykład do naśladowania dał ostatnio Jerzy Przybysz w swojej monografii „Kormoran”. Oprócz skrupulatnych badań na temat tzw. „szkodliwości” kormorana i przytaczania szeregu dowodów na jej brak1) , autor proponuje wprost: „Jest nas, ludzi w Polsce, niemal tysiąc razy więcej niż kormoranów. Jeśli każdy z nas zrezygnuje w roku z jednej 100 gramowej płotki wykarmimy do syta wszystkie. Czy musimy je niszczyć, by oszczędzić sobie tę jedną płotkę?”.
Artur Staszewski


1 ) Autor podaje taki oto przykład wyliczenia: „Drugim błędem jest założenie, że wszystkie zjedzone przez kormorany ryby zostałyby odłowione przez człowieka. Spróbujmy przeprowadzić hipotetyczny rachunek. Przyjmijmy, że w eksploatowanym przez rybaków i kormorany zbiorniku znajduje się 100 jednostek ryb, z czego oboje odławiają po 10%. Z rozumowań rybaków wynika, że przepędzając kormorany odłowią podwójną ilość ryb. Tymczasem, gdy kormoran skonsumuje swoje 10%, w zbiorniku pozostaje 90 jednostek ryb, z których rybacy odławiając swoje 10% pozyskają 9 jednostek. Stracą więc tylko jedną jednostkę. W praktyce niemal ze wszystkich wyliczeń wynika, że kormorany konsumują 5-10% masy ryb odławianych przez rybaków. Wówczas zubożą ich o 0,1 jednostki ryb”.

Obcy! ("Zielona Arka", grudzień 2002)


Uwaga – obcy!

W horrorze o Obcym trup ściele się gęsto i często. Obcy jest tu przedstawiany jako bezwzględny pasożyt i drapieżca, niezniszczalne monstrum o niewiarogodnej odporności i woli przetrwania. Obcy, mimo że wygląda na zwierzę, jest istotą inteligentną, szybko uczącą się od ludzi wszystkich ich najgorszych cech mogących ułatwić mu podbój. Nie ma siły, która mogłaby go powstrzymać. W filmie ludzkość po raz pierwszy spotyka na drodze kolonializmu przeciwnika godnego siebie .

Analogii wcale nie trzeba poszukiwać ani w fantastyce, ani w kosmosie. Jest ich całe mnóstwo, tuż obok nas, w realnym świecie. Pierwsi kolonialiści z Europy przywieźli na Hawaje i inne pobliskie wyspy szczury, świnie, psy i koty. Już w ciągu paru lat zwierzęta te wytępiły bezpowrotnie większość żyjących tam endemicznych gatunków ptaków. Przywiezione do Australii króliki stały się taką plagą, że tępi się je bezskutecznie wszystkimi możliwymi metodami – również chemicznie. Dziesiątki tysięcy ludzi zginęło podczas budowy Kanału Panamskiego na żółtą febrę, której wirus przybył tu wraz z egipskim komarem na statkach niewolniczych... I tak dalej.
To tylko przykłady skutków kolonializmu, który zawsze niósł ze sobą śmierć i zniszczenie. W znakomitej większości obce gatunki pojawiały się na nowych lądach wraz z człowiekiem, którego grzechów związanych z tym procederem nie sposób zliczyć. To, o co chodzi filmowemu Obcemu, do złudzenia przypomina „dzieło” Europejczyków w epoce kolonializmu – wyniszczenie tubylczych ludów, odebranie im ziemi, zrobienie z nich niewolników, zniszczenie miejscowej kultury i naturalnego środowiska.
Wśród ekspansywnych zwierząt i roślin jest różnie. Najeźdźcy przybyli do Europy rzadko powodują tu zagładę – częściej fauna europejska zakłóca delikatną równowagę cieplejszych lądów pełnych endemitów. Najczęściej gatunek kolonizujący nowe obszary cechuje się bezwzględną zaborczością terytorialną. Nie przyjmuje żadnych warunków. Jest zdobywcą narzucającym własne warunki i jeśli przeszkadza mu gatunek pokrewny – zwykle skutecznie go wypiera. Obcemu wszystko sprzyja – zazwyczaj brak wrogów naturalnych i chorób, z którymi musi walczyć miejscowy krewniak.
Ekspansja terytorialna jest jednocześnie tak naturalną potrzebą, jak jedzenie i rozmnażanie się. Ograniczenia występują w specyficznych cechach gatunkowych: zdolnościach komunikacyjnych, czy umiejętności do aklimatyzacji w nowym środowisku. Natura nie wszystkim pozwala więc na szerokie rozprzestrzenianie się. Pingwiny raczej do Polski nie dotrą.
Z pewnością największymi możliwościami ekspansji dysponują ptaki, które mogą szybko przemieszać się nie tylko po całych kontynentach, ale również między nimi, a rybitwa popielata każdego roku wędruje od bieguna do bieguna. Rybitwa ta mogłaby więc teoretycznie skolonizować cały świat, ale gnieździ się tylko w północnych rejonach Eurazji i Ameryki Północnej. Jest całe mnóstwo dalekich wędrowców, choćby bociany białe, które zimują aż w południowej Afryce. Zaraz oczywiście nasuwa się pytanie – dlaczego ptaki te nie zakładają gniazd na zimowiskach? Pytanie odwieczne, jak sama tajemnica ptasich wędrówek. Najkrócej można byłoby odpowiedzieć: bo nie jest to ich środowisko lęgowe. Inaczej mówiąc – roczny cykl życia u ptaków jest mocno genetycznie zakorzeniony, choć w wyniku oddziaływania pewnych czynników (na przykład zmian klimatycznych), mogą wystąpić odstępstwa. Instynkt wędrówkowy zanika na przykład u zachodnio- i środkowoeuropejskiej populacji intensywnie dokarmianych łabędzi niemych.
To dziwne, ale na podbój nowych ziem wyruszają zazwyczaj ptaki osiadłe, lub przynajmniej częściowo osiadłe, rzadko wędrowne. Jedną z najbardziej spektakularnych ekspansji odbyła sierpówka. Jeszcze w początku XX. wieku najdalej na północ i zachód docierała ona do Bułgarii, w latach 30. zajęła Węgry, w Polsce stwierdzona po raz pierwszy w 1943 r. w Lublinie. Współcześnie sierpówka występuje prawie w całej Europie i należy do najliczniejszych miejskich ptaków.
Nie jest to jednak rekordowy wyczyn. Najbardziej zdumiewającą samoistną ekspansją wykazuje się współcześnie czapla złotawa (Bubulcus ibis). Z Azji Mniejszej i Północnej Afryki gatunek ten wyruszył najpierw na podbój całej Afryki i południowej Europy. W 1910 r. przeleciała Atlantyk i dotarła do Ameryki Południowej skąd w 1930 r. zaczęła kolonizować obie Ameryki z takim sukcesem, że już w 1956 r. na samej tylko Florydzie gniazdowało 6000 par. Na tym się jednak nie skończyło. W 1948 r. czapla złotawa dotarła do Australii i Nowej Zelandii. Współcześnie nie ma jej tylko w gęstych lasach oraz w północnych rejonach kuli ziemskiej, gdzie jest dla niej na razie za zimno.
Zarówno sierpówka, jak i czapla złotawa odniosły sukces głównie z jednego powodu – braku konkurencji. Nie ma dowodu na to, że ich ekspansja przyniosła jakiekolwiek straty dla miejscowych gatunków i ich środowiska. W przypadku ptaków jedynie nieliczne gatunki mogą powodować wypieranie innych. Tak jest na przykład z dużymi mewami, które bywają groźnymi drapieżnikami niszczącymi lęgi miejscowych ptaków.
Wyjątkowe przypadki, to gatunki kosmopolityczne – występujące na całym świecie.  Należy do nich na przykład sokół wędrowny i płomykówka, dla których ornitolodzy wyszczególnili po kilkadziesiąt podgatunków. Nie wiadomo jednak kiedy i w jaki sposób ptaki te opanowały całą kulę ziemską.
W przypadku ptaków bardzo trudno jest dowieść ich negatywnego wpływu na miejscowe środowisko podczas inwazji. Istnieje poza tym przypuszczenie, że ekspansje terytorialne ptaków są zjawiskiem cyklicznym, a więc naturalnym, powtarzającym się z pewną częstotliwością, nawet co 50 i 100 lat, a może jeszcze rzadziej, czego przykładem jest kormoran. Inaczej ma się sprawa z ssakami. Mają one znacznie mniejsze zdolności komunikacyjne od ptaków i dlatego bardzo rzadko i powoli samoistnie kolonizują nowe obszary. Większości tym zwierząt pomógł w ekspansji człowiek.
Norki amerykańskiej nie przywiało do Europy tornado, ani nie przepłynęła Atlantyku – sprowadził ją człowiek i to z pełną świadomością. Gatunek ten doskonale znosi niewolę w ciasnych klatkach i głównie dlatego szybko stał się jednym z najpopularniejszych zwierząt futerkowych w prawie całej Europie. Niezwykle drapieżna, agresywna norka amerykańska, uciekając z niewoli zaczęła wypierać i tak już przetrzebioną populację norki europejskiej, która ocalała współcześnie prawdopodobnie tylko na wschodzie Europy i w azjatyckiej części Rosji, gdzie wciąż trwa jej wypieranie przez gatunek pokrewny.
            Przykładów podobnych do norki jest więcej, ale w innych przypadkach rzadko udowodniono tak drastyczny wpływ obcego na rodzimą przyrodę europejską (poza zwiększeniem zagrożenia dla ptasich lęgów – być może wyolbrzymionym). Mowa tu o jenocie, którego ojczyzną jest północno-wschodnią Azja i którego wsiedlono do zachodniej części ZSRR, skąd już w latach 50. przedostał się do Polski i nadal kolonizuje Europę. Dobrze czuje się w Europie również amerykański szop, sprowadzony do Hesji w Niemczech w 1934 r. Nieźle radzi sobie nutria – przybysz z Ameryki Południowej zaaklimatyzował się zwłaszcza na południu i zachodzie Europy. Jeszcze lepiej powodzi się piżmakowi z Ameryki Północnej, którego sprowadził (dla futra oczywiście) w 1905 r. książe Colloredo-Mansfeld do swojego majątku pod Pragą, skąd gryzoń rozprzestrzenił się po Europie. Już w latach 20. XX. wieku zaczęto go intensywnie tępić, jako szkodnika urządzeń melioracyjnych, ale bezskutecznie. W dodatku w tym samym czasie w europejskiej części ZSRR wypuszczono na wolność 80 000 piżmaków skąd rozprzestrzeniły się aż po Skandynawie, Syberię i Azję Środkową. Do tej listy dodajmy jeszcze północnoamerykańską wiewiórkę szarą, którą w liczbie 350 osobników wypuszczono w Anglii w 1889 r. Tu już musiał pojawić się konflikt z rodzimą wiewiórką pospolitą, która zdawało się, że całkowicie zniknie z Wysp. Jednak w którymś momencie oba gatunki zaczęły koegzystować i zmniejszona populacja wiewiórki pospolitej utrzymuje się obecnie na stałym poziomie. Nie każdy wie, że zarówno szczur wędrowny, jak i szczur śniady przybyły do Europy dopiero w czasach wczesnohistorycznych, prawdopodobnie z Azji. We Włoszech i na Bałkanach żyją jeżozwierze, które zawleczono tam już w czasach starożytnych.
            Jeszcze więcej można byłoby podać przykładów ze świata roślin. W lasach całej Polski spotykamy wiele obcych gatunków drzew – sadzonych tu kiedyś specjalnie ze względu na ich szczególne walory. Takie drzewa jak daglezja czy dąb czerwony – pochodzące z Ameryki Północnej – są odporniejsze na tutejszy klimat niż wiele podobnych gatunków rodzimych oraz rzadko są atakowane przez szkodniki i choroby. Pomorskie świerki były również sztucznie wsiedlane – dziś dziesiątkują je choroby i szkodniki, a leśnicy rezygnują z ich uprawy.
            Świat miesza się więc coraz bardziej i jakie będą ostateczne skutki takiej globalizacji trudno przewidzieć, choć jest się czego obawiać. Jest coś smutnego w tym, że jadąc do Ameryki Południowej natkniemy się tam na całe połacie łąk identycznych jak w Europie... Tak, tak – zawleczono tam wiele gatunków roślin zielnych, których ekspansywność wyparła rodzimą florę. Również po to, żeby obserwować na wolności papugi, wcale nie musimy wybierać się do tropików, bo populacje kilku gatunków są już liczone w Niemczech i Wielkiej Brytanii w tysiącach rozmnażających się na swobodzie ptaków. W podgrzewanych wodach polskich rzek i jezior coraz częściej łowione są amazońskie piranie. W Anglii od lat żyją podobno na swobodzie pumy. Na bazarach i w sklepach zoologicznych możemy wybierać i przebierać w egzotycznych zwierzętach: owadach, pająkach, płazach, gadach, ptakach i ssakach. W Gdańsku jednej z posesji pilnuje... aligator. Tylko patrzeć jak z Puszczy Wkrzańskiej wybiegnie na drogę... słoń.

Artur Staszewski

Z Ustawy o ochronie przyrody:
Art. 42. 1. Zabrania się wprowadzania do środowiska przyrodniczego zwierząt lub roślin, a także ich form rozwojowych, obcych rodzimej faunie i florze.

Niezwykłym przypadkiem okazał się zawleczony w 1912 r. z Chin do Niemiec krab wełnistoręki. Rozmnożył się on szczególnie w nurtach Łaby i Wezery, których zanieczyszczenie było tak ogromne, ze ginęły w nich masowo wszystkie inne zwierzęta. Skorupiak był odporny na trucizny i żywił się martwymi zwierzętami. Do lat 70. rozmnożył się w wielomilardową populację wędrującą między Morzem Północnym a Pragą. Miał  poza tym dodatkową, nadzwyczajną zdolność przetrwania bez pożywienia przez okres wielu miesięcy. Gdy jednak w wyniku postępu ekologii do rzek zaczęło wracać życie, krabom zaczęło brakować pożywienia i masowo wymierały. Z braku padliny pożerały się nawzajem i współcześnie prawie całkowicie wyginęły.

W 1883 r. potężny wybuch wulkanu zniszczył całkowicie życie na małej wysepce Karakatau, leżącej ok. 25 mil morskich od wybrzeży Jawy i Sumatry. 45 lat później stwierdzono tam obecność już 350 gatunków zwierząt, w tym dwa gatunki myszowatych, które dostały się na wyspę bez udziału człowieka.

Przykładem wypierania jednego gatunku rośliny przez inny są niecierpki. Sprowadzony z Azji i szybko rozprzestrzeniający się w Europie niecierpek drobnokwiatowy wdziera się do cienistych i wilgotnych lasów, nad strumykami i potokami stacza zwycięskie walki ze znacznie większym od siebie  rodzimym niecierpkiem pospolitym. Tajemnica zwycięstwa obcego tkwi w znacznie większej produktywności nasion i porastaniu powierzchni w dużym zwarciu – zagłuszającym rozproszone osobniki krewniaka. W ostatnich latach pojawił się masowo na zachodzie Polski chyba jeszcze bardziej niebezpieczny niecierpek Roylego.

Miasto ("Zielona Arka", kwiecień 2004)


Bloki

Może nie zdajemy sobie sprawy z tego, że niechcący stworzyliśmy ogromne powierzchnie nowych środowisk, które w pewnym sensie spełniają funkcje ścisłych rezerwatów. Są to aglomeracje miejskie. Chronimy to środowisko nieświadomi, że o to właśnie chodzi zamieszkującym je zwierzętom.

            Mimo, że w ulicznych wąwozach sztucznych „gór skalistych” więcej zwierząt marnieje i ginie, aniżeli dorasta, mimo groteskowo wzmożonej aktywności seksualnej, mimo brudu, smrodu, hałasu i zatrucia, które rujnują zdrowie – nieustanny ich napływ z terenów pozamiejskich trwa.
            Zacznijmy na przykład od piwnicy. Jest tu zawsze mniej więcej stała temperatura, cicho, sucho i przytulnie. Nie dla człowieka oczywiście, ale na przykład dla wielkich, czarnych pająków – kątników domowych. Jeśli zaskoczymy je nagłym zapaleniem światła, przycupną w rogu byśmy ich nie zauważyli. Pytanie – co niby w tych ciemnościach jedzą? Otóż wbrew pozorom nie brakuje im wcale pokarmu. Tępią bowiem z zapałem takie bezkręgowce, jak: stonogi, rybiki, krocionogi, skolopendry i skorki. Tylko wydaje nam się, że w piwnicy nie ma innych zwierząt niż koty. Jeśli jednak mieszkańcy bloku nie chcą mieć kotów w piwnicy, z pewnością będą mieli w mieszkaniach myszy, a nawet szczury. Ich drogami komunikacyjnymi są systemy klimatyzacyjne i kanalizacyjne. Ale mysz a nawet szczur w domu to mały problem. Zdarza się, że tymi samymi drogami wędrują znacznie bardziej uciążliwe zwierzęta. Na przykład pluskwy.
            Ale wyjdźmy już może z mrocznych zakamarków bloku. Rozejrzyjmy się trochę po oknach, ale dyskretnie, żeby sąsiedzi nie posądzili nas o podglądactwo. Starsze bloki mają na tyle głębokie wnęki okienne, że mogą pod nimi pomieścić się gniazda oknówek. Poczciwe jaskółki budują je pieczołowicie z mieszaniny błota, siana i śliny. Tworzą niekiedy całe kolonie lęgowe mogące liczyć do kilkuset gniazd na jednym bloku.
            Wczesnym rankiem, gdzieś na samym wierzchołku anteny zasiada czarny kopciuszek i budzi nas zgrzytliwym trelem. Jego śpiew przypomina trochę zapalanie zapałki i jest obok wyjeżdżającego z piekarni dostawcy pieczywa, jednym z pierwszych dźwięków budzącego się miasta. Swoje gniazdo kopciuszek umieszcza w rozmaitych zakamarkach – w załamaniach lub pęknięciach w murze, w szczelinie lub w wywietrzniku.
            Latem mogą nas również obudzić przeraźliwe wrzaski stada jerzyków. To wyjątkowe ptaki, gdyż prawie całe życie spędzają w powietrzu, gdzie nawet śpią. Lądują właściwie tylko w gnieździe, które umieszczają najczęściej w szczelinach między płytami bloków.
Oknówka, jerzyk i kopciuszek to typowi mieszkańcy bloku, których pierwotnym środowiskiem życia były naturalne skały. Ale kos?  A jednak kosy dość często budują gniazda na balkonach, w doniczkach po kwiatach, czy między rynną a ścianą. Oświetlone dzielnice blokowisk sprawiają, że właściwie nigdy nie ma tu zupełnych nocy. Kosom się to podoba, bo mogą śpiewać, gdy ich głosów nie zagłusza już miejski zgiełk.
Nie zapomnimy również o naszym poczciwym wróbelku. Już od wielu lat wróbel występuje prawie wyłącznie w ludzkich osiedlach i bardzo rzadko gnieździ się poza nimi. Zupełnie niepozorny. Nawet jego śpiew zupełnie nie rzuca się w uszy, ale gdyby go nie było, to z pewnością poczulibyśmy, że czegoś nam brakuje. Wróbel jest po prostu najwierniejszym skrzydlatym towarzyszem człowieka z miasta.
Miasta upodobały sobie także gołębie i to aż trzy gatunki. Te najbardziej oswojone, jedzące nam z ręki, to gołębie miejskie. Pochodzą one od dzikiego gołębia skalnego i krzyżują się z hodowlanymi gołębiami domowymi, przez co mają różne ubarwienie. Gołąb grzywacz woli raczej zieleń miejską, ale często umieszcza gniazda w różnych zakamarkach domów, a nawet na balkonach. Sierpówka to „najmłodszy” z miejskich gołębi, bo przywędrował do nas dopiero w 1942 r. i obecnie występuje we wszystkich dużych i średnich miastach, np. w Warszawie 3-5 tys. par. Interesujący jest bardzo rozciągnięty okres lęgowy u miejskich gatunków gołębi. Gołąb miejski może na przykład gnieździć się przez okrągły rok. Także sierpówki i grzywacze mogą rozpoczynać lęgi już w lutym, a ostatnie gniazda z pisklętami znajdowano nawet w listopadzie.
Zejdziemy ze ścian, balkonów i anten na samą ziemię. Gdy zbliża się wieczór oczy ukrytej pod pozostałymi po budowie betonowymi płytami kuny domowej zaczynają śledzić ruch ostatnich wracających do domu ludzi. W odpowiednim momencie drapieżnik zacznie przemykać po zakamarkach w poszukiwaniu ptaków i gryzoni. Lisy i dziki odpoczywające dotąd w bezpiecznych kryjówkach na peryferiach wielkiego miasta, podniosą się i zaczną powoli iść w kierunku blokowych śmietników i trawników. To już nie jest przewidywanie przeszłości. To prawda, o której od paru lat mogą przekonać się mieszkańcy Szczecina. A przyszłość może być taka jak w innych dużych miastach świata. W Londynie w 1976 r. żyło 3 tys. lisów. W Berlinie stada dzików ryją w grobach i przewracają kamienie nagrobkowe. Nowy York zamieszkany jest przez 90 milionów szczurów. W kloakach Nowego Orleanu żyją krokodyle i aligatory żywiące się szczurami, psami i kotami.

Ludzie stwarzają wszystkim tym zwierzętom prawdziwe rezerwaty. Przestają one bać się tu ludzi, bo nikt do nich nie strzela, ani nawet ich nie przegania. Ba – są tu nawet regularnie dokarmiane w karmnikach, nad wodą, a zwłaszcza na śmietnikach. W chwili obecnej w miastach całego świata żyją już wielomilionowe populacje zwierząt, które postanowiły porzucić naturalne biotopy i opanować całkiem nowe środowiska. Chcemy czy nie chcemy kątniki, jaskółki, szczury i lisy są już naszymi współmieszkańcami, żyją w tym samym biotopie i zjadają nasze pożywienie. O ile może nam zupełnie nie wadzić maleńki kopciuszek, który uwił sobie gniazdo w wyłomie muru, o tyle wataha niepłochliwych dzików buchtujących trawnik budzi nasz niepokój. Ale paradoksalnie z czasem także ludzie przyzwyczajają się do obecności dzikich zwierząt w swoim środowisku. Żyjące na Florydzie, dochodzące do 4 m długości aligatory bardzo szybko pojęły, że nie muszą uciekać przed człowiekiem, wygrzewają się więc na słońcu na placach golfowych i tenisowych, w ogródkach przydomowych i na autostradach, gdzie polują na psy i koty domowe.
Cóż począć? Walczyć, czy przyzwyczajać się? Nierozważnie wypieramy dzikie zwierzęta z ich naturalnych środowisk, niszczymy ich biotopy, wdzieramy się z osiedlami w najdalsze zakątki Ziemi – w miejsca, które nie są dla nas przyjazne, kusimy je tworzoną na własne potrzeby wygodą i przepychem.
Trudno mieć pretensje do rzeki, że popłynie tym korytem, który my jej wykopiemy...

Artur Staszewski

Jeszcze 160 lat temu w żadnym mieście nie było, z wyjątkiem pustułek, swobodnie żyjących ptaków, nie było nawet wróbli. W 1966 r. w granicach Hamburga żyło około 120 tys. ptaków,  w tym prawie 40 000 wróbli i 15 000 kosów.

Kiedyś w Londynie stos rur drenażowych wprowadził miejskiego rudzika w stan ogłupienia. Samica chciała koniecznie wysiadywać w tych ulicznych „nie zamieszkanych jamach”. Ale wciąż myliła otwory i w końcu wybudowała nie mniej jak 23 gniazda. Jest jasne, że mimo tej gorączkowej działalności przepracowany ptak nie doprowadził do wyklucia ani jednego jaja – oto symbol wielkomiejskiego zapału do pracy i żałosnych jego wyników.

Mieszkaniowy Mikrokosmos ("Zielona Arka", kwiecień 2000)


Mieszkaniowy mikrokosmos

Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy z istnienia w naszych kuchniach, łazienkach, piwnicach i na strychach, innych światów. Światów przyjaznych tylko wybranej grupie zwierząt - owadom. Tymczasem pod wykładzinami, w narożnikach pomieszczeń i innych zakamarkach funkcjonują całe zbiorowiska  z rozmaitymi małymi stworzeniami. Spróbujmy na chwilę przenieść się w ten mikroświat.

Przez cały dzień w łazience ani w kuchni prawie nic się nie dzieje. Owady kryją się w najdalszych zakamarkach. Ich aktywność rozpoczyna się głęboką nocą. Mają niezwykle wyczulone zmysły dotyku, dzięki czemu doskonale orientują się kiedy ludzie idą spać i dopiero wtedy wypełzają z ukryć.
            Typowymi mieszkańcami łazienkowych podłóg są rybiki cukrowe. Pochodzą z okolic subtropikalnych. Przebywają w niewielkich grupach rodzinnych. Gdy zapalamy światło owady błyskawicznie rozbiegają się, a niektóre „zamierają” na chwilę w bezruchu. Największe rybiki dochodzą do 1 cm długości ciała. Łatwo je rozpoznać po wydłużonym, owalnym kształcie, długich czułkach i trzech przydatkach (długich wyrostkach na końcu odwłoka) oraz błyszczącej srebrzysto barwie. Nieraz można obserwować ich charakterystyczne ruchy polegające na bieganiu w kółko. Jeśli jest to stadko, taniec ten wygląda jak ruch uliczny na dużym skrzyżowaniu obserwowanym z góry. Jest to ich zachowanie godowe. Owady te żywią się rozmaitymi substancjami organicznymi, a szczególnie lubią słodkości (stąd nazwa). Rybiki to dość sympatyczne stworzenia, lecz niestety podobno mogą roznosić choroby groźne dla ludzi.
Nierzadko w przypodłogowych narożnikach ukrywa się pajęczak o bardzo długich, cienkich nogach - nasosznik trzęś. Podobnie jak rybiki wiedzie nocny tryb życia. Pająk w domu - to dla wielu brzmi groźnie, ale nie obawiajmy się - nasosznik ma tak małe narządy gębowe, że może pobierać jedynie pokarm płynny. W ofiarę wstrzykuje soki trawienne, które ją rozpuszczają i dopiero w takiej postaci może ją zjeść. W delikatne, ledwie dostrzegalne dla ludzkiego oka sieci, mogą łapać się tylko owady małe i lekkie, ale czasami zły los spotyka też rybiki. Nasosznik broni się w dość osobliwy sposób. Zaskoczony, gdy zwisa na swej sieci głową w dół, wprawia ją w tak silne drgania, że staje się zupełnie niewidoczny.
Najgroźniej wygląda inny pająk domowy - kątnik. Jest jednym z największych pająków żyjących w Polsce - długość ciała samicy (bez nóg) dochodzi do prawie 2 cm. Duża samica jest już na tyle ciężka, że gdy biegnie po tapecie ściany, słychać jej tupanie. W srebrzystym nocnym półmroku pokoju biegnący po podłodze kątnik wygląda jak czarna zjawa i niejednego może pozbawić snu. Ale i w tym przypadku nie ma się czego bać - podobno kątniki mają tak słabe szczękoczułki, że nie są w stanie przebić ludzkiej skóry. Pająki te budują gęste, lejkowate sieci w narożnikach pokojów, pod wannami, w wywietrznikach itp. Nocą są bardzo ruchliwe i biegają po całym pomieszczeniu.
Nieco bardziej sympatyczny jest świerszczyk domowy, niestety spotykany u nas coraz rzadziej. Zawleczony z Ameryki Północnej, świerszcz ten musi żyć w temperaturze około 300C, dlatego zamieszkuje głównie cieplarnie, piekarnie, śmietniska itp. Dorasta do 2 cm długości. Aktywny nocą samiec dość ładnie „cyka”, lecz może być to uciążliwe dla ludzi. W dzień kryje się w zakamarkach. Żywi się głównie odpadkami, szczególnie chętnie owocami i warzywami.
Tymczasem pokrewny prusak nie cieszy się już taką sympatią ludzi i trudno im się dziwić. Jest to owad bardzo uciążliwy - zanieczyszcza żywność, szybko się rozmnaża i uodparnia się na trucizny. Lubi suche i ciepłe pomieszczenia. Obecnie zasiedla cały świat, a na swą ekspansję wyruszył z Azji południowej. Aktywny nocą potrafi szybko biegać po pionowych ścianach. Dorosłe prusaki dorastają do nieco ponad 1 cm długości ciała. Samica troskliwie opiekuje się jajami, które nosi ze sobą w kokonie do momentu wylęgu larw.
Domowych owadów znajdziemy znacznie więcej. Latem pojawią się choćby muchy i komary, a w niektórych miejscach ciągnące do słodyczy sznury mrówek faraona. To taki swoisty mikroświat i warto zdawać sobie sprawę z tego, że istnieje pełen życia tuż obok nas inny wymiar mieszkaniowej przestrzeni.

Tekst i rysunki: Artur Staszewski

Niezwykła bywa reakcja owadów na środki chemiczne. Świerszczyki domowe próbowano truć substancją zwaną  E 605. Owady nie ginęły, lecz zamieniały się w krwiożercze bestie. Samica zwabiona śpiewem samca, napotykała z jego strony nie na zaloty, lecz dzikie okrzyki wojenne służące zazwyczaj do odpędzania rywali. Ona zresztą wcale też nie zamierzała mu wpaść w miłosny uścisk, lecz gryzła i kopała. Zamiast miłości dochodziło do agresywnych walk kończących się wieloma obrażeniami.
(Wg V. B. Droschera - Reguła przetrwania)

Jednym z częstszych owadów wyrządzających szkody w domu jest mały motyl - mol odzieżowy. Jednak zamiast zjadać wełnę i futra, wgryza się ostatnio w polietylen, polistyren i nylon.
(Wg V. B. Droschera - Reguła przetrwania)

Dwie rocznice – czyli Kaczmarski i Smoleńsk

Wczoraj większość mediów zwróciła uwagę na dwie najważniejsze, ich zdaniem, rocznice w jednej dacie: 10 kwietnia - to rocznica zarówno...