Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 26 marca 2018

Zalew Kamieński ("Zielona Arka", maj 2004)


Zalew Kamieński

Na końcu prawego ramienia ujścia Odry – Dziwny, leży rozległy obszar wodny z licznymi wyspami, zatokami i zakolami. To Zalew Kamieński. Cicha, jakby zapomniana okolica, ze spokojnymi wodami i sunącymi po nich smętnie kutrami rybaków. Ciepłym, pogodnym wieczorem, kuracjusze i turyści wychodzą na molo w Kamieniu Pomorskim by wśród pokrzykiwania mew upajać się widokiem pięknie zachodzącego słońca.

            Krajobrazy Zalewu Kamieńskiego i okolic są doprawdy urzekające. W wielu miejscach jego błękitną taflę wody można obserwować z naturalnych wzniesień terenu. Linia brzegowa jest niezwykle długa, bo wraz z Zatoką Cichą i Jeziorem Wrzosowskim wynosi prawie 70 km. Sama Wyspa Chrząszczewska ma około 9 km2 i jest jedną z największych polskich wysp. Szczególnym miejscem jest północny brzeg tej wyspy - z wysokim klifem i niezwykłą, kamienistą plażą. To tutaj leży olbrzymi głaz narzutowy, zwany „Królewskim Głazem”, przepięknie wkomponowany w naturalny, otwarty krajobraz. Na klifie spotkamy wiele roślin charakterystycznych dla terenów nadmorskich, jak sosnę kosówkę czy rokitnik.
            Choć może się to wydać dziwne, no wodach tego akwenu, idealnie nadającego się do uprawiania sportów i turystyki wodnej, nawet w sezonie można zobacz tylko nieliczne żaglówki czy motorówki. W przeciwieństwie do zatłoczonych jezior pomorskich, nad Zalewem Kamieńskim znajdziemy wiele zacisznych, odludnych miejsc z dzikimi plażami, gdzie można upajać się niezakłóconym odgłosem fal delikatnie obmywających brzegi.
            Oprócz wysokich brzegów i plaż, znajdują się tu liczne fragmenty niedużych, żywo zielonych łączek. Nie są to jednak typowe łąki. Ponieważ znajdują się pod wpływem wód zasolonych, rośnie na nich roślinność halofilna (słonolubna) z takimi rzadkimi roślinami, jak: sit Gerarda, sit morski, świbka morska, babka morska, mlecz błotny, mlecznik nadmorski, czy rzadki i chroniony storczyk – kruszczyk błotny. Na niemal każdej tej łące znajdziemy mnóstwo purpurowych kukułek – coraz rzadszych i także chronionych storczyków.
            Na roślinność nadbrzeżną składają się jednak głównie trzciny i oczerety. Żyje w nich całe mnóstwo ptaków – od małych, szarych trzcinniczków, trzciniaków i rokitniczek, po barwne wąsatki, krzyżówki i perkozy dwuczube. Zalew Kamieński był kiedyś królestwem perkoza. Jego charakterystyczne terkoczące odgłosy wydawane podczas walk i wabienia słychać było w każdym miejscu. Znajdowały się tu całe kolonie lęgowe liczące po kilkadziesiąt gniazd. W latach 80. gnieździło się tu aż 500-700 par tego ptaka, podczas gdy w 90. już tylko około 200, a współcześnie zapewne jeszcze mniej.
            Ale najliczniejszym ptakiem wodnym nad Zalewem jest łyska. Jej gniazda znajdowały się kiedyś wśród trzcin wzdłuż całego brzegu, nieraz 10 m jedno od drugiego. I choć dzisiaj jest jej nieporównywalnie mniej, nadal pozostaje typowym elementem krajobrazu.
            W południowo-wschodniej części znajduje się malownicza Zatoka Cicha, a bardziej na zachód Zatoka Madejska z małą wysepką - Gardzką Kępą, na której gnieżdżą się czaple siwe i kormorany. Zatoka Cicha to moje ulubione miejsce wypraw na ptaki. Jest tu zacisznie i spokojnie a ptaki można obserwować z porośniętego wielkimi żarnowcami wzgórza Wiatrówka. W porze lęgowej spotkamy tu wiele gatunków kaczek: oprócz pospolitych krzyżówek, także rzadsze krakwy, cyranki, cyraneczki, płaskonosy, czernice i głowienki. Latem natomiast dolatują pierzące się kaczory świstunów i gęsi gęgawy. Na niskich łączkach koło Połchowa gnieżdżą się rzadkie krwawodzioby i gęsi gęgawy. Podczas przelotów Zatoka Cicha kipi nieraz życiem ptaków wodnych. Oprócz tysięcy rozmaitych kaczek, spotkamy łabędzie krzykliwe, gęsi zbożowe i białoczelne, a nawet takie rzadkości, jak: bernikla białolica czy ślepowron. Co rusz przelatują stada mew śmieszek, pospolitych, srebrzystych i siodłatych, a nieraz rzadszych mew małych, rybitw rzecznych i czarnych. Na przyległych polach kukurydzianych żerują gęsi, gołębie, czajki, siewki złote i całe mnóstwo drobniejszych ptaków. Niezwykłość Zatoki Cichej polega na tym, że z jednego miejsca możemy tu obserwować nieraz 120 gatunków ptaków na raz!
            Ale spośród ptaków prawdziwym symbolem Zalewu Kamieńskiego jest ohar. To niezwykle piękna, duża, biała kaczka z połyskującą ciemnozieloną głową, karminowym dziobem i rdzawym pasem na piersi. Żyje przeważnie w parach, żerując na płytkich wodach wzdłuż kamienistych lub piaszczystych plaż oraz na zalanych łąkach z krótką trawą. Ciekawostką jest to, że ohary gnieżdżą się głównie w piaszczystych norach lisów, nieraz w stosach kamieni, stogach siana itp. O oharach lęgowych na Zalewie Kamieńskim wspominał już w 1928 r. legendarny niemiecki ornitolog – Paul Robien. Jest to ptak bardzo rzadki – w Polsce zaledwie 120-140 par, w tym 5-11 właśnie na Zalewie.
            Innym ciekawym miejscem są Łąki Chrząszczewskie przy północno-wschodnim brzegu wyspy. Znajduje się tu kolonia mew śmieszek, w której zobaczymy, oprócz perkozów dwuczubych, także zauszniki i perkozy rdzawoszyje. Na sąsiadujących łąkach możemy spotkać całą gamę krajowych siewkowców: czajki, kszyki, biegusy zmienne i małe, krwawodzioby, sieweczki, brodźce piskliwe i śniade, łęczaki, bataliony i kwokacze, a pośród nich barwne kaczory świstunów, rożeńców, płaskonosów i ohary. Widok takiego skupiska rozmaitych gatunków ptaków pośród naturalnych, zalewanych łąk, jest wbrew pozorom dużą rzadkością, bo w współcześnie ptaki błotne wolą żerować na terenach sztucznie stworzonych, np. na odstojnikach ścieków czy stawach rybnych.
            Lasów wokół Zalewu praktycznie brak. Zamiast nich spotkamy większe i mniejsze zadrzewienia, głównie podmokłe i bagniste olsy w których jest wyjątkowe bogactwo ptaków szponiastych, zwłaszcza myszołowów i kań rudych. Nierzadko znajdziemy pnie drzew oplątane ogromnymi bluszczami i wiciokrzewami pomorskimi. Całe mnóstwo jagodowych krzewów, zwłaszcza czarnych bzów i głogów, przyciąga w czasie przelotów rzesze ptactwa.
A trzeba pamiętać, że znajdujemy się prawie na samym wybrzeżu wzdłuż którego jesienią i wiosną trwają intensywne przeloty. Dlatego w porach tych okolica Zalewu tętni wręcz życiem. Na październikowym niebie trwa niemal nieustanny ruch. Lecą niezliczone stada gęsi, żurawie, gawrony i myszołowy. Nad wodami suną grupki przeróżnych gatunków krzykliwych mew, podrywają się ze świstem spłoszone przez bielika gągoły, czernice i głowienki. Nad polami i w zadrzewieniach roi się od zięb, sikorek, kosów, kwiczołów, dzwońców, skowronków i szpaków. Ornitolodzy przyjeżdżają tu chętnie obserwować przeloty, z dogodnych punktów widokowych wypatrując rzadkich gatunków. Słowem – raj dla miłośnika ptaków.

Dla mnie najbardziej interesująca w tych okolicach jest otwarta przestrzeń wypełniona ciszą. Czuje się odosobnienie tego miejsca, jakby stworzone było dla ludzi lubiących życie w spokoju i wśród piękna przyrody. Przyroda zdaje się tu harmonizować z cywilizacją człowieka. Nie ma tu, i miejmy nadzieję, że nie będzie, drapieżnych inwestycji w postaci wielkich portów, kolosalnych ośrodków turystycznych, ferm wiatrowych czy parków technologicznych. I z drugiej strony – przyroda jest otwarta, rozproszona, wszędzie interesująca, ale nie agresywnie dominująca.

Artur Staszewski


Zalew Kamieński znajduje się w rejestrze ostoi ptactwa rangi krajowej. Stwierdzono tu występowanie około 220 gatunków ptaków, w tym 130 gatunków lęgowych. Do najliczniejszych lęgowych ptaków wodnych należą: perkoz dwuczuby, krzyżówka i łyska. Ornitolodzy stwierdzili tu wiele rzadkości, takich jak: ślepowron, czapla biała, bernikla kanadyjska, podgorzałka, kobczyk, szablodziób, szczudłak, bekasik, dubelt, kraska, pliszka żałobna, drozd obrożny i czeczotka tundrowa. Podczas przelotów łączna liczebność ptaków wodnych może dochodzić do 10 000.

Kamień Pomorski.  Gród obronny i portowy znany już z IX-XI w, zbudowany z kamienia narzutowego. Pełnił funkcje strażnicze na wodnym szlaku handlowym rzeki Dziwny. Należał do zachodniopomorskiego plemienia Wolinian i był strażnicą Wolina. W 1120 r. został zdobyty przez Bolesława Krzywoustego, od którego pochodzi nazwa „Królewskiego Głazu” (3,5 m wysokości nad ziemią i 4 m szerokości). Obecnie malownicze miasteczko turystyczno-uzdrowiskowe z licznymi zabytkami, pięknymi parkami i skwerami, znane m.in. z leczenia borowiną.

Wiciokrzew pomorski Lonicera periclymenum – wijące się pnącze krzewiaste o wysokości do 6 m. W stanie dzikim występuje prawie wyłącznie na Pomorzu – w lasach liściastych, łęgach i olsach. Ma piękne, żółtawe, pachnące, duże kwiaty (do 5 cm) zebrane w bezlistne główki na krótkich szypułkach. Czerwone, mięsiste owoce są trujące. Roślina chroniona.

Komar - imperator ("Zielona Arka", czerwiec 2001)


Komar - imperator

Gdyby nie drapieżniki i czynniki pogodowe, ostatnie - jesienne potomstwo jednej samicy komara brzęczącego (Culex cipiens), liczyłoby dwieście bilionów osobników i szczelnym dywanem przykryłoby powierzchnię dwudziestu kilometrów kwadratowych.

            Od samego początku budowy Kanału Panamskiego, czyli od 1904 r., robotników dziesiątkowała żółta febra. Dopiero, gdy liczba ofiar przekroczyła 20 tysięcy, Amerykanie postanowili rozpocząć walkę z tą chorobą. Badania dowiodły, że roznosicielami zarazków febry są oczywiście komary, podobnie jak było to podczas budowy Kanału Sueskiego. Na początku zdawało się, że główny winowajca został zdemaskowany. Nosił on łacińską nazwę Aedes aegypti.
            Ale owad ten nie był dość pospolity, by wywoływać epidemie. Wówczas wykryto jego krewnych z podrodzaju Stegomyia i sprawa zaczęła się komplikować. Komary te przechodzą bowiem cały cykl rozwojowy w małych zbiornikach ze stojącą wodą i zwykle nie oddalają się od nich dalej jak na kilkaset metrów. Tymczasem nigdzie wokół Kanału takich zbiorników nie było. Dopiero po żmudnych poszukiwaniach stwierdzono, że były nimi liście roślin ananasowatych, tzw. bromelii, w których woda deszczowa zbierała się nieraz litrami. Od tego czasu trwał istny pogrom bromelii i trwa do dziś, wraz z dziesiątkami rzadkich i endemicznych zwierząt związanych z tymi roślinami, jak płazy, kolibry, a nawet ryby.
            W czasach przedkolumbijskich żaden komar w Ameryce nie zakażał żółtą febrą. Wirus tej choroby przybył tu na statkach wożących niewolników z Afryki wraz z komarem Aedes aegyptii, znajdując sobie nowych nosicieli w postaci autochtonicznych komarów.

            Na przełomie lat 1929/1930 francuski statek pocztowy płynący z Dakaru do Natalu w północno-wschodniej Brazylii, przywiózł „gapowiczów” - komary z rodzaju widliszki, z gatunku Anopheles gambiae, które w zachodniej Afryce były głównymi roznosicielami malarii. W kwietniu 1930 r. w Natalu wybuchła epidemia malarii, która zaatakowała 80% mieszkańców.  Po kilku latach zaciętej walki, udało się ludziom całkowicie wytępić widliszka w Natalu. Ale choroba zbierała już żniwo w innych częściach Brazylii, wywołując w 1938 r. największą z dotychczasowych epidemii, która zabiła 20 tysięcy ludzi. Gwałtowność epidemii malarii spowodowana była stosunkowo małymi wymaganiami widliszków - do rozmnażania wystarczyło im bowiem zupełnie maleńkie naczynie z wodą, choćby wyrzucona puszka w śmietniku, czy szklanka pozostawiona na kilka dni w kuchni.

            Kilkanaście wieków temu, nad wodami Gangesu w Indiach, rozwinęła się bogata cywilizacja. Pracowici wieśniacy wytrzebili puszczę, zbudowali kanały nawadniające ich pola uprawne. Niestety, wkrótce natura okazała się silniejsza, zamieniając żyzne uprawy ryżu w rozlewiska porośnięte szuwarami. Wówczas do natarcia ruszyły hordy widliszków, a wraz z nimi malaria, dziesiątkująca ludność. Wkrótce pałace zamożnych rolników pochłonęła dżungla. Jeszcze w początkach naszego wieku w Indiach chorowało na malarię 100 mln ludzi rocznie, a umierało 5 mln. Nawet po wielu akcjach antymalarycznych, jeszcze w 1965 r. malaria zabiła na subkontynencie indyjskim półtora miliona ludzi.

            Malaria nie ograniczała się jednak tylko do klimatu ciepłego. Jeszcze w okresie międzywojennym występowała w Polsce i krajach sąsiednich. Zwykle nie przybierała tu jednak zbyt groźnej formy - objawy przypominały zachorowania na grypę i po pewnym czasie samoistnie ustępowały. Największymi europejskimi ogniskami malarii były przez wieki Pontyjskie Błota we Włoszech i mokradła we wschodniej Fryzji (Niemcy). Dopiero całkowite ich osuszenie wytępiło widliszka. We Włoszech posłużono się w tym celu dość osobliwym, ale skutecznym sposobem - sprowadzono bowiem i posadzono tam eukaliptusy, które łapczywie chłoną wodę i wilgoć.

            Zaciekła i skuteczna mechaniczno-chemiczna wojna z komarami trwała na całym niemal świecie. W Stanach i w Meksyku na nogi postawiono wręcz całe armie wojska wyposażone w transportery wypełnione chemikaliami. W październiku 1954 r. Światowa Organizacja Zdrowia w Genewie, otrzymuje raport dr Petera Issarisa - szefa ekipy do zwalczania malarii. Głosi on, że wróg sforsował systemy obronne i ruszył do kontrnatarcia. Był nim widliszek z Jawy - Anopheles sundaicus. Wkrótce malaria zaczęła na nowo pojawiać się w różnych regionach świata. Komary przestały reagować na środki owadobójcze. Systematyczne zwiększanie dawek DDT, spowodowało powstanie licznych mutacji, a w efekcie podgatunków odpornych na dotychczas stosowane trucizny. Walka z ewolucją komarów trwa do dziś, poprzez stosowanie coraz to nowych pestycydów. Obecnie na wielu obszarach malaria została całkowicie opanowana, ale głównie na skutek stosowania szczepień ochronnych i masowych leczeń tej choroby. Trwają prace nad biologicznymi metodami walki z komarami.

Artur Staszewski

Na podstawie książki Andrzeja Trepki :  „Co kaszalot je na obiad?”. 1991. Wydawnictwo „Alfa”, Warszawa.

Komarami przenoszącymi malarię, inaczej zimnicę, są widliszki (Anopheles). Aby przenosić powodujące chorobę zarodźce, widliszek musi kłuć dwukrotnie. Przy pierwszym ukłuciu pobiera z krwią gamecyty zarodźców. Po skomplikowanych przemianach powstają z nich tzw. sporozoity, które dostają się z przewodu pokarmowego widliszka do jego ślinianek, gdzie kolejny raz następuje ich podział. Jeśli widliszek ponownie ukłuje człowieka, przekazuje mu wraz ze śliną sporozoity zarodźców powodujące malarię. Widliszek musi wstrzykiwać ślinę, która zapobiega krzepnięciu krwi.
Na podstawie książki H. Reichholfa-Riehma: „Owady”.

Często komarom, także malarycznym, nadaje się błędne określenie - moskity. Żyjące wyłącznie w gorącym klimacie moskity (Phlebotominae) należą jednak do innej rodziny muchówek niż komary. Łączy je podobieństwo wyglądu (choć są mniejsze od komarów) i odżywianie się krwią zwierząt, ale moskity przenoszą zupełnie inne i mniej groźne choroby, niż komary.

Współcześnie żaden gatunek komara występującego w Polsce nie przenosi zazwyczaj żadnych chorób. W Polsce żyje kilkadziesiąt gatunków komarów, a na całym świecie opisano ich około 3000. W naszym kraju najpospolitszym jest komar brzęczący. Dymorfizm płciowy jest dość wyraźny - samiec, w przeciwieństwie do samicy, ma duże ozdobione szczecinami czułki. Różnią się też trybem życia - krew pije wyłącznie samica, zaś samiec zupełnie niewinnie spija nektar z kwiatów. Krew potrzebna jest samicy do celów rozrodczych. Wypija jej jednorazowo 3-5 mlg, zwiększając swój ciężar 3-krotnie. Następnie składa 100-400 jaj układając je niczym tratwę na wodzie. Larwy żyją pod wodą. Podczas, gdy różne leśne komary żerują za dnia, komary „domowe” wiodą nocny tryb życia. Owady odnajdują ofiarę w zupełnej ciemności dzięki doskonale wyczulonym zmysłom pozwalającym im odbierać fale ciepła i zapachu wydobywającego się z ust. Dorosłe postacie komara żyją bardzo krótko - około tygodnia. Jedynie ostatnie - jesienne pokolenie, przezimowuje w zakamarkach murów do wiosny. Doświadczenia dowiodły, że mogą one znosić skrajnie niskie temperatury.
           
Nowe podgatunki i gatunki komarów, które wyłoniły się na skutek samoobronnej reakcji gatunkowej na skrajne zagrożenie wyginięciem wskutek zmasowanego ataku środków chemicznych, nie były najszybszą drogą specjacji, czyli tworzenia się nowych gatunków. Niezwykle szybka ewolucja dotyczyła wytworzenia się ostatnio zupełnie nowego gatunku muchówki - Psilopea petrolei, której larwy rozwijają się w kałużach ropy naftowej w Kalifornii.

STRYCH ("Zielona Arka")




Pewnego razu w stawie ("Zielona Arka", sierpień 2000)


PEWNEGO RAZU W STAWIE

Świat, jaki odbieramy na co dzień, jest tylko jednym z wymiarów biosfery. Lecz wystarczy przyklęknąć aby dostrzec świat inny, i tak złożony, że w porównaniu z nim, środowisko życia człowieka - pomimo swego duchowego, intelektualnego i technologicznego bogactwa - jest biologicznie ubogie.

Pływak żółtobrzeżek ciężko wiosłując długimi tylnymi nogami, przemyka od jednej do drugiej kępy turzyc, polując na kijanki i larwy. Czasem trafi na małą rybkę, która zapędziła się w zatoczkę bez wyjścia. W swych poszukiwaniach owad zawadza o zwisające bezwładnie nogi żab zielonych i ropuch szarych. Jedne płazy złożyły już dawno skrzek, inne są w trakcie okresu godowego. Galaretowate złoża skrzeku nie są pilnowane i w żaden inny sposób nie zabezpieczone. Bezwzględnie wykorzystuje to traszka zwyczajna, która bezkarnie zajada się odżywczymi czarnymi kulkami. Niewiele kijanek przetrwa, ale wystarczająco dużo, by przedłużyć byt swoich gatunków.
Dojrzałemu pływakowi zagrażają tylko jego pobratymcy i duże ptaki. Ale miękkie i bezbronne larwy jętek i komarów, to podstawowe źródło pokarmu dla wielu wodnych zwierząt. I nie tylko zwierząt... Delikatne żółte kwiatki pływacza, zdobiące stawy całym latem, niczym szczególnym się nie wyróżniają. Za to dopiero pod wodą roślina ujawnia swe prawdziwe oblicze. Posiada liczne lepkie pęcherzyki do których przylepiają się drobne wodne zwierzęta, a następnie zostają strawione i „zjedzone” przez pływacza. Samica pająka topika czatuje, w swym powietrznym podwodnym dzwonie przyczepionym do liści wywłucznika, na wszystko co poruszane prądem wody, znajdzie się w jej pobliżu. Przyczepiona do podwodnej łodygi trzciny wielka larwa ważki z potężnymi żuwaczkami, czatuje na jakąś rybkę - może być nawet dużo większa od niej samej.
Niezdarnie pływającego żółtobrzeżka mija jak błyskawica wioślak - podobny do chrząszcza wodny pluskwiak. W przeciwieństwie do wielu innych mieszkających tu pluskwiaków, nie jest on drapieżnikiem, lecz odżywia się glonami. Jego krewniak pluskolec - to już prawdziwy myśliwy. Lokalizuje ofiarę niezwykle wrażliwym zmysłem odbierającym drobne wstrząsy w wodzie, chwyta ją przednimi odnóżami, wstrzykuje substancje trawienne i wysysa rozpuszczoną zawartość. Niektóre pluskwiaki w nocy świecą, inne wydają  dźwięki przypominające cykanie świerszcza - wszystko po to, by zwabić samice.
Szybkość pływania w świecie pełnym wrogów, to oprócz maskowania, sposób na przetrwanie. Pływaka wyprzedzają pod tym względem mniejsze toniki, halawniki i grążaki. Wszystkie te chrząszcze muszą co jakiś czas podpływać do powierzchni wody, by nabrać powietrza. Nie wszystkie owady wodne muszą być jednak dobrymi pływakami. Niczym senna mara powoli wspina się po łodydze rzeżuchy wodnej, wyglądająca jak spłaszczony skorpion - płoszczyca. Blisko powierzchni wystawia długą rurkę, którą nabiera powietrza. Ustawia się głową w dół i z gęstwin podwodnych liści wysuwa potężne przednie odnóża w które chwyta kijanki i ryby. Pokrewna topielica, również drapieżna, przypomina wyglądem patyczaka, dzięki czemu może doskonale maskować się w podwodnym świecie. Czarna ogromna kałużnica - największy wodny chrząszcz (wielkości pudełka od zapałek) przeciska się właśnie wśród wodorostów i uczepia się pyska szczupaka. Ten jednak ani drgnie. Nie zaatakuje kałużnicy, choć połknął by ją bez trudu. Będzie tak tkwił nieruchomo dopóki nie zgłodnieje. Wtedy zapoluje, ale nie na owady, lecz na inne ryby. Kałużnica będzie zaś spokojnie zagryzać liście podwodnych roślin. W młodości nie była jednak jaroszem. Jako larwa budziła grozę swą drapieżnością.
Głośny plusk trących się linów na dłuższy czas zmąci wodę. Lecz uderzenie cienkiego czaplego dzioba jest tak błyskawiczne, że wodne zwierzęta nawet nie dostrzegają tego cichego rybaka.
            Wyjdźmy więc teraz na powierzchnię. Uff... Tu już słychać przeróżne dźwięki, zwłaszcza śpiewy ptaków. Samiec potrzosa całymi godzinami ćwierka z wierzchołka tej samej trzciny. Szarobrązowe liczne trzcinniczki uwijają się wśród łodyg roślin w najgęstszych szuwarach, gdzie wyłapują setki komarów, jętek, much, pająków i gąsienic. Perkozy dwuczube groźnie stroszą swe barwne kryzy i terkoczą głośno uniesione miłosnymi zalotami. Gdzieś w gęstej kępie turzyc, brązowa samica kaczki krzyżówki, zastygła nieruchomo na wiele godzin w swym przytulnym gnieździe. Wszędzie nad stawem trzepoczą pełne kolorów ważki: pałątki, łątki i żagnice. Wyjątkowo piękne loty godowe odbywają lśniące granatowo świtezianki.
Lecz radość pory godów miesza się tu z cichą śmiercią. Najłatwiej o nią na powierzchni wody. Opanowały ją nartniki i małe czarne krętaki. Poruszają się po niej niczym wodoloty. To samo napięcie powierzchniowe wody, dzięki któremu żyją krętaki i nartniki, staje się pułapką dla ich ofiar. Pszczoła, która spadła z kwiata kosaćca skrzydłami na dół, jest już uwięziona przez tą niezwykłą właściwość cieczy.
Zafurkotał ogromny husarz, zwany „władcą”, ścigający latające owady niczym szturmowy helikopter. Wielka samica bagnika przybrzeżnego - bagiennego pająka - wyszła ze swego gniazda spod liścia barszczu wodnego. Sunie powoli w dół łodygi ku wodzie. Tu uczepia się rośliny dwoma tylnymi parami nóg, a dwie przednie układa na tafli spokojnej wody. Wyczekuje. Zapędzony w miłosnej gonitwie nartnik, wpada prosto w jej szczękoczółki. Drapieżnik, który sam staje się ofiarą, to tutaj nic nadzwyczajnego.
Nad zwarty kożuch z rzęsy wystają tu i ówdzie pary dużych okrągłych oczu żab zielonych. Ani komar ani mucha nie zdążą uniknąć błyskawicznego ataku tak ukrytego płaza. Ale tu nikt nie może czuć się bezpieczny. Oto w kierunku zamaskowanych żab zbliża się bezszelestnie falująca cienka linia, delikatnie rozsuwając dywan z rzęsy. Z przodu widać tylko czarną głowę z żółtymi plamami i parę groźnych, nieruchomych oczu zaskrońca. Gad jednym celnym uderzeniem chwyta płaza za głowę i odpływa. Już jej nie wypuści - połknie zdobycz w całości w swym ulubionym miejscu.
...A z nastaniem nocy, obudzą się do życia jeszcze inne i jeszcze dziwniejsze zwierzęta, by łączyć kolejne ogniwa złożonego ekosystemu stawu.  



Artur Staszewski

Powrót na Krępskie Bagna ("Zielona Arka", maj 2001)


Powrót nad Krępskie Bagna

Coraz trudniej znaleźć takie środowiska, gdzie przyroda pozostaje wartością samą dla siebie. Gdzie człowiek może tylko stać i podziwiać doskonałą harmonie dzikiej natury. Gdzie nie wypada zadawać pytań w rodzaju „Co z tego ludzie mają?”.

Po upływie półtora roku (ZA 10/1; 1999/2000) ponownie zabieram Czytelników ZA nad dziewicze Bagna Krępskie. Kto chce - niech wierzy, kto nie chce - to nie, ale jest to środowisko jakiego daremnie by szukać w całej zachodniej Europie, a najbliższe podobne miejsca znajdują się dopiero na Podlasiu! Wtedy była to późna jesień. Teraz zobaczymy co dzieje się w tym miejscu na przełomie kwietnia i maja.
            Dotrzeć tu nie jest łatwo, gdyż teren poprzecinany jest siecią szerokich kanałów i rowów melioracyjnych. Najprościej trafić w to miejsce skręcając w jedną z polnych dróg we wsi Krępsko między Goleniowem a Stepnicą. Najpierw napotkamy rozległe łąki. Już nad nimi warto się rozejrzeć i wytężyć słuch. Spotkamy tu bowiem wielką ornitologiczną rzadkość - kulika wielkiego. Jest to największy gatunek krajowego siewkowca o wyglądzie, który dość szybko pozwala go zidentyfikować - ma długi, zagięty ku dołowi dziób i szarobrązowe upierzenie pokryte prążkami.
            Im bardziej w kierunku zachodnim, tym częściej spotykamy kępy krzewiastych wierzb zarastających łąki. Teren jest najpierw grząski, a później podmokły i miejscami bagnisty. Krzewy łozy, czyli wierzby szarej, zaczynają tworzyć zwarte zbiorowiska zwane łozowiskiem. Wiosną dominującymi barwami na Bagnach Krępskich są zieleń i żółć w rozmaitych odcieniach. Nawet kwiaty wierzb mają kolor żółtozielony, a szare pnie maskują zielone porosty i mchy.
            Najliczniejszym gatunkiem ptaka zamieszkującym to środowisko jest maleńki piecuszek. Nawet on jest zielonożółty. Niepozorny ptak o niepozornym, lecz melodyjnym i przyjemnym dla ucha śpiewie. Spotkamy też niemal identycznego pierwiosnka, którego łatwo rozpoznać po charakterystycznym śpiewie brzmiącym jak powtarzane mlaskanie: „cilp-calp, cilp-calp...”. Łozowisko rozbrzmiewa ponadto śpiewami kosów, drozdów, rudzików, pokrzywnic, pokrzewek cierniówek i piegży oraz najgłośniejszym ze śpiewaków - słowika szarego.
            Niskie łozy tworzące najgęstsze i najtrudniejsze do pokonania przeszkody, stopniowo przechodzą w starsze i większe krzewy, aż wchodzimy do prawdziwego lasu łozowego. Właśnie to jest najbardziej unikatowy fragment Bagien Krępskich. Krzewy przybierają tu już formę niskich drzew. Między grubymi pniami łóz dość łatwo się przechodzi, a nad naszymi głowami wisi zielony „dach” z młodych gałązek i liści. Wygląda to jak prawdziwa podzwrotnikowa dżungla. Woda sięga tu do kolan, a w płytszych miejscach rosną kępy turzyc, rozkwitają żółte kaczeńce i zawilce. Co kilkadziesiąt metrów znajdziemy miejsce w którym można odpocząć. Są to pojedyncze drzewa wierzby białej i kruchej, które wyrastają ponad łozy. Ich grube korzenie tworzą wokół pni niskie kopuły, do których nie dociera woda zalewowa. Z dłuższym odpoczynkiem trzeba jednak uważać, gdyż wszędzie są mrowiska czerwonych mrówek, które dość boleśnie kąsają. Nazwa jednej z najpospolitszych rodzin tych owadów - „wścieklice” - mówi sama za siebie.
            W poprzednim artykule wspominałem o wielu ssakach zamieszkujących ten teren. Na potwierdzenie tego łąki między kępami łozowisk są silnie zbuchtowane przez dziki. Zwierzęta odrywają darń, by ludzkim oczom ukazał się nasączony wodą, czarny jak smoła torf. Spotykam dużego byka jelenia - już bez poroża, które niedawno zrzucił. Łoza jest jednym z najwartościowszych składników pokarmowych jeleni. Na Bagnach Krępskich na każdym kroku widać pasy kory zdzieranej przez jelenie. Wygląda to tak, jakby ktoś ponacinał drzewka od góry do dołu dłutem. Kora łozy jest zjadana chętnie i w dużych ilościach, gdyż stosunkowo łatwo daje się zdzierać długimi pasami. Oto nieoceniona funkcja łozowiska, jako pola zaporowego dla zwierząt przed szkodami jakie mogłyby wyrządzać w lasach gospodarczych.
            Co jakiś czas słychać gdzieś wysoko w górze głuche beczenie: „bybybybybyby...”, a po nim: „tiki, tiki, tiki, tiki...”. To tokujące bekasy kszyki, które zakładają swoje gniazda w kępach turzyc. Miejscami słychać dość mało znany głos - na przemian gwałtowny i spokojny, jakby zacinający się, o bardzo złożonych zwrotkach. Z niemałym trudem wytropimy tego dziwnego śpiewaka. To podróżniczek. Na jego piersi ujrzymy przepiękne kolory. Najpierw jest szeroka rdzawa półobroża, nad nią wąziutki biały pasek, a zaraz za nim grubszy czarny. Ta trójbarwna obroża oddziela biały brzuch od szafirowoniebieskiej piersi i podgardla, na którym jeszcze podczas śpiewu błyska biała plama. To jeden z najbarwniejszych i najrzadszych ptaków zamieszkujących łozowisko. No, może dorównuje mu sójka, która uwiła sobie gniazdko z patyczków na niskim krzaczku, albo bażant rozgrzebujący kretowiska? A może gil? Parka żyjących tu gili to ewenement, gdyż ptaki te w porze lęgowej są nierozerwalnie związane ze świerczynami.
            W miejscu, gdzie wezbrana woda wylała się z brzegu zarastającego kanału by podążyć wartkim strumykiem własnym korytem, jest płytkie nasłonecznione rozlewisko. Zasiadam na chwilę nad jego brzegiem by odpocząć. Już po chwili tuż obok mnie pojawia się zaciekawiona sikorka czarnogłowa i alarmuje swoim chrapliwym „dżż-dżż-dżż”. Z dna łozowiska szybkimi skokami dobiega samiec kosa. W pierwszej chwili mnie nie dostrzega, wiec wskakuje do wody i hałaśliwie się w niej pluska. Ale za moment zerwie się z głośnym furkotem mokrych skrzydeł i podnosząc przy tym przenikliwy alarm, błyskawicznie zniknie w gąszczu. Po chwili znów coś cicho zapluska. Po płytkim rozlewisku, z głową zanurzoną w wodzie, biegnie małe zwierzątko o lśniącym czarnym futerku. Wciska się w kępę turzyc, po chwili z niej wychodzi i nurkuje w głębszej wodzie. Za nim tym samym szlakiem podąża drugi osobnik, głośno popiskując. To rzęsorki rzeczki - małe drapieżne ssaki, które zastałem prawdopodobnie podczas walki o terytorium.
            Spostrzegam, że wiele drzewek łozowych ma u podstawy regularne podłużne otwory. Zawsze po jednym na jednym drzewku i na tej samej wysokości. Są to ślady żerowania dzięciołów, prawdopodobnie dużych, które nakłuwają wierzby i brzozy, by spijać z nich bogate w minerały soki.
            W końcu trzeba opuścić to przepełnione zielenią i życiem dzikich zwierząt miejsce. Gdy zaczynam słyszeć pierwsze samochody, widzieć ludzkie sylwetki na polach, domostwa i polickie kominy, przychodzi niepokój. Tak chciałoby się ocalić Bagna Krępskie przed drapieżną ekspansją ludzkiej gospodarki. Wydają się terenem nie do zagospodarowania, nie do zniszczenia. Ale przecież podobnie dzikie były wielkie Bagna Rozwarowskie, po których już tylko wspomnienie. A więc może chronić? Może starać się o rezerwat lub przynajmniej użytek ekologiczny? Ale jeśli wzorem rezerwatu „Świdwie”, stworzy się tu warunki do wygodnych zabaw dla pseudoturystów, czy upokorzona w ten sposób przyroda będzie taka sama jak teraz? A wiec może pozostawić to wszystko tak jak jest? Pozostawić je pod opieką myśliwych, którzy przez tyle lat nie zdewastowali Bagien Krępskich. Nie osuszyli ich, nie zbudowali domów ani dróg, ferm norek, ani kampingów. Podobno też sami sobie zakazali tu polować. Choć ekolodzy raczej nie są entuzjastami łowiectwa, to przecież nie możemy zaprzeczyć, że zachowanie bogactwa przyrody i naturalny urok Bagien Krępskich zawdzięczamy w dużej mierze chyba właśnie myśliwym. Warto się nad tym głębiej zastanowić.

Tekst i zdjęcia: Artur Staszewski

Dwie rocznice – czyli Kaczmarski i Smoleńsk

Wczoraj większość mediów zwróciła uwagę na dwie najważniejsze, ich zdaniem, rocznice w jednej dacie: 10 kwietnia - to rocznica zarówno...