Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 26 marca 2018

Płomienie śmierci ("Zielona Arka", marzec 2002)


Płomienie śmierci

Jak każdej wiosny łąka budzi się do życia. Smukłe źdźbła trzcinników pokrywa jeszcze niekiedy poranny szron, ale między ciemnozielonymi kępami situ i kopiastymi darniami śmiałka, na czarnej, grząskiej ziemi, kiełkują pierwsze młode trawki. Zaczyna się walka o przetrwanie okupiona ogromnym wysiłkiem przyrody. Bywa, że daremnym...

Tu i ówdzie rozchyla już swoje nitkowate listki skrzyp błotny. Na odsłoniętych, nasłonecznionych miejscach kwitną żółte podbiały i maleńkie stokrotki. Niewiele tu jednak roślin kwiatowych. To wynik melioracji, a następnie degradacji środowiska w wyniku jego intensywnego użytkowania.
Południowe słońce ośmiela pierwsze pająki pogońce do wyruszenia na łowy. Nie muszą one budować sieci łownych - swojej ofiary poszukują pieszo i dopadają ją błyskawicznym skokiem. Poza pogońcami niewiele tu widać stworzeń. Chyba, że zabuczy pierwszy obudzony trzmiel rozgrzewający mięśnie pod zbitą warstwą zeszłorocznych traw. Albo, jeśli przyjrzeć się bliżej łąkowej glebie.
W wierzchnich warstwach gleby życie toczy się już własnym, coraz szybszym tempem. Ożywiły się dżdżownice, larwy koziułek i drutowce. W żyznych miejscach widać cieniutkie, bardzo liczne białe robaki - wije i obleńce. Larwy biegaczy potrafią już korzystać z tej bogatej „stołówki” i najadają się do syta po zimowym odrętwieniu. Wśród owadów liczne są drapieżne larwy bąkowatych, zwłaszcza bąka bydlęcego i ślepaka, których dorosłe postacie tak boleśnie kłują nas latem. Jeszcze bujniejszy jest świat maleńkich skoczogonków i roztoczy odżywiających się martwymi i rozkładającymi się roślinami i zwierzętami.
Żaby trawne już dawno opuściły swoje kryjówki. W drodze do małych zbiorników wodnych, w których odbywają gody, polują na owady. Oprócz żab po łące wędrują licznie ropuchy szare - również kierując się do ulubionych miejsc rozrodu.
Z zimowego letargu obudziły się też gady, zwłaszcza pospolite jaszczurki zwinki. Na suchej jak papier kępie śmiałka ułożył się zaskroniec - on też, jak wiele innych zwierząt zmiennocieplnych, musi naładować swoje „baterie” w słonecznych promieniach. Żaba trawna stanowi jego ulubioną zdobycz, ale pod warunkiem, że ofiara się porusza, albo drapieżnik dotknie jej językiem - inaczej jej nie rozpozna nawet, jeśli minie ją o centymetry.
Ale to nie jedyny i nie najgroźniejszy gad, który wyrusza na łowy wśród bujnych traw. Niektóre wilgotne miejsca zamieszkuje żmija zygzakowata. Największe okazy mogą osiągać „tylko” 70 cm długość, wyjątkowo 80 cm, ale duża żmija wygląda bardzo masywnie. Poluje najchętniej na gryzonie. Myszy polne i norniki zaczynają właśnie gody, podczas których są wyjątkowo mało czujne. Żmija skrada się do myszy ostrożnie, po czym kąsa ją zębami jadowymi i zostawia. Ofiara przebiega jeszcze kilka metrów, zanim padnie. Gad wyrusza jej tropem, wykorzystując doskonale rozwinięty zmysł węchu. Tym razem żmija, oprócz zapachu myszy, wyczuła woń dotychczas jej nieznaną i instynktownie zareagowała ucieczką w przeciwnym kierunku.
Zdegradowane łąki są stosunkowo ubogie w gatunki ptaków. Nie spotkamy na nich na przykład ptaków siewkowych ani większości dzikich kaczek. Zwarte darnie utworzone ze zbitej masy odkładających się przez kilka lat traw, utrudniają polowanie ptakom drapieżnym i poruszanie się bocianom. Nie oznacza to jednak, że łąki te są puste. Przeciwnie - w wilgotnych miejscach liczebność ptaków może być dość duża. Najbardziej rozpowszechnionym z łąkowych ptaków jest skowronek. Wraz ze świergotkiem łąkowym są to jedne z pierwszych ptaków, które przystępują tu do lęgów. Oba kopią płytkie dołki pod kępami traw i wyścielają je delikatnymi, suchymi źdźbłami, a następnie oczywiście składają w nich swoje jaja.
Na ugorowanych łąkach gnieżdżą się również żurawie. Ich gniazda to duże kopce z trzcin i traw umieszczone najczęściej w miejscach silniej podmokłych. Niekiedy już w marcu żurawie składają po dwa wielkie jaja. W tej samej mniej więcej porze samice kaczek krzyżówek wygrzebują dołki na łące i składają do przytulnych gniazdek od kilku do kilkunastu jaj. W wysokich trawach przez okrągły rok znajdują schronienie bażanty i kuropatwy. Do wszystkich tych wczesnowiosennych ptaków dołączą wkrótce inne gatunki: derkacze, przepiórki, pliszki żółte, pokląskwy, piegże, rokitniczki, świerszczaki i potrzosy... Przynajmniej dołączyłyby z pewnością, pod warunkiem, że zastaną tu odpowiednie środowisko.
Monotonny krajobraz wysokich, kępiastych traw urozmaicają buchtowiska dzików. Dziki potrafią „przeorać” w poszukiwaniu larw i gniazd gryzoni duże obszary - jedno buchtowisko może dochodzić nawet do ponad jednego hektara wielkości. W miejscach takich może wyrosnąć młoda, zielona trawka, którą chętnie żywią się żurawie, gęsi gęgawy, sarny i zające. W pewnych okolicznościach, które wkrótce nastąpią, buchtowisko spełni jeszcze jedną, niezwykle ważną funkcję dla środowiska.
Gęste trawy pokrywające duże otwarte przestrzenie, na których od lat nie stanęła ludzka stopa, ani nie wjechał żaden pojazd, stały się doskonałym miejscem niezakłóconego rozrodu dla drapieżnych ssaków, zwłaszcza dla lisów, jenotów, łasic, tchórzy i gronostajów. Dwa pierwsze z nich nie mają w tym środowisku praktycznie żadnych wrogów naturalnych. Niestety - brak selekcji doprowadza do niekorzystnych zmian genetycznych i rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych wśród lisów i jenotów. Z jednej strony wtórnie zdziczałe łąki pomagają w odbudowie populacji niektórych rzadkich wcześniej gatunków (np. derkacza), ale z drugiej są „wylęgarnią” obcych, sprowadzonych przez człowieka zwierząt. Zalicza się do nich właśnie jenot, szczególnie ekspansywna i drapieżna norka amerykańska, kot domowy, a ostatnio nawet szop pracz - spotykany już nad Odrą, nawet w samym Szczecinie.
Ale jednak ekosystem nawet zdegradowanej łąki rządzi się prawami przyrody. Wiosenne życie nabiera z wolna właściwego tempa. Rozpoczyna się odwieczny rytuał natury zmierzający zawsze w jednym celu - przetrwania każdego życia. W świecie roślin i zwierząt splatają się bodźce i instynkty zakorzenione od pradziejów w skomplikowanych sentencjach genetycznych, tworzące biologiczne podstawy funkcjonowania ekosystemu. Nie zawsze jednak wszystko idzie gładko. Przyroda bowiem, to także kataklizmy i żywioły - zjawiska znane Ziemi jeszcze przed powstaniem na niej życia biologicznego. Jednym z takich żywiołów jest ogień.

Ogień rozniecił człowiek. Ot tak - dla widowiska. Szeroki front płomieni biegnących nocą po rozległej łące ekscytuje niektórych ludzi. To głównie dlatego każdego roku płoną suche nieużytki. Podmuchy wiatru gnają czerwone języki  ognia w tempie marszu człowieka. Jest to możliwe dzięki temu, że pożar rozprzestrzenia się górą - po suchych łodygach wysokich trzcin i trzcinników. Płonące części roślin opadają niżej, gdzie wysuszone jak papier liście śmiałka i turzyc buchają gwałtownym ogniem. Pomiędzy kępiastymi trawami, najbliżej ziemi, znajduje się warstwa zeszłorocznych, opadłych części roślin, które częściowo się zapalają, częściowo tlą podtrzymując pożar.
Ogień trawi nie tylko rośliny. Ginie w nim większość owadów i innych drobnych organizmów, chyba, że zdążą się odpowiednio głęboko zakopać w mokrej ziemi. Prawie całkowicie zostaje więc zniszczona mikrofauna dokonująca rozdrabniania i rozkładu martwych części roślin i zwierząt. Żaby, zaskrońce i myszy mogą uniknąć śmierci, jeśli zakopią się w samym środku dużej kępy śmiałka lub situ, gdyż ogień zwykle tam nie dociera, „dusząc” się w zbitej masie roślinnej. Te ptaki, które nie mają jeszcze gniazd, również ujdą z życiem, ale krzyżówka wysiadująca jaja raczej spłonie żywcem, niż je porzuci. Łasice i gronostaje nie będą ryzykować - zaczną umykać przed żywiołem, ale niektóre z nich wpadną w pułapkę bez wyjścia. W głębokich norach bezpieczne będą lisy i jenoty, ale młode zajączki schowane w kępie trawy nie mają szans. Ogień może zaskoczyć nawet tak duże zwierzęta, jak dziki i sarny, które w panice mogą wpadać prosto w płomienie.
W ciągu kilku godzin żółto-zielona łąka zamienia się w czarne pole. Pożar zatrzymał się na przeszkodzie nie do przejścia - na szerokim kanale. W innych miejscach płomienie wygasły docierając do odsłoniętej ziemi dziczych buchtowisk. Ogień wygasa szybko, ale zwarte kępy tlą się jeszcze długo, snując ponure smużki dymu. Życie zamiera tu całkowicie. No, prawie całkowicie... Natychmiast po pożarze, zjawiają się drapieżniki i padlinożercy. Myszołowy i pustułki wypatrują łatwych teraz do złowienia gryzoni. Kruki i bieliki krążą nad pożarzyskiem licząc na znalezienie większej padliny - spalonej sarny lub dzika.
Stopniowo wszystko się uspakaja. Wiatr ustaje, zaczyna siąpić deszcz i ogień wygasa całkowicie. Po paru dniach widać już pierwsze kiełkujące rośliny. W większości nie będą to już jednak trawy. Zastąpią je głównie pokrzywy, przytulie, osty i baldaszkowate, tworzące latem zbitą masę chwastów. Rolnik, który podpaliłby swoją łąkę, by ją użyźnić, byłby więc mocno rozczarowany.
W miesiąc od pożaru łąkę pokrywa luźno rosnąca warstwa niskich, żywo zielonych, młodych roślin. Powoli odbudowuje się mikrofauna, zaczynają wracać ptaki. Nic nie zapowiada kolejnej katastrofy...
Długotrwałe susze i sieć rowów melioracyjnych powodują, że ziemia na wypalonej łące szybko wysycha po wiosennych roztopach i zalewach. Silny wiatr przychodzi niespodziewanie. Zwierzęta z niepokojem zaczynają czuć woń świeżego dymu. Czyżby nowy pożar na sąsiedniej łące, gdzie schroniła się większość „uchodźców”? Wszystko wyjaśniłaby nam sowa błotna, która późnym wieczorem wybrałaby się na łowy. Z góry widziałaby czerwony żar - jakby zaczynała palić się ziemia. W sensie dosłownym wzniecił się właśnie pożar ziemi. Warstwa torfu może dochodzić nawet do kilku metrów. Tlił się on niezauważenie od dnia pożaru. Płonący torf mogłaby ugasić tylko kilkudniowa ulewa, ale tej w międzyczasie nie było. Wichura rozpętała piekło na nowo. Nie widać płomieni, ale temperatura wierzchniej warstwy osiąga poziom zbliżony do temperatury żywego ognia. Nieco głębiej „ziemia” jest rozgrzana do czerwoności. Grunt zarywa się pod ciężarem dzika, który zapada się w głąb ziemi. Zwierzę panicznie stara się wydostać z pułapki, ale za każdym krokiem następne fragmenty ziemi kruszą się pod jego racicami niczym lód. W końcu udaje mu się wydostać, ale silnie poparzony skona w męczarniach nie doczekawszy ranka. Nie wiadomo jeszcze jak długo będzie płonął torf. Strażacy opowiadają o sytuacjach, kiedy torf tlił się przez okres pół roku! Jedynym ratunkiem jest ulewa.
Tego typu pożary nie należą do rzadkości i należą do najbardziej niebezpiecznych ze wszystkich znanych typów pożarów. Bywa, że są zjawiskami normalnymi, a nawet potrzebnymi przyrodzie. Jednak w przypadku licznych na Pomorzu łąk torfowych przynoszą one skutki katastrofalne. Wynika to z faktu, że prawie wszystkie tego typu łąki są zmeliorowane, a wiec warstwa torfu jest zwykle trwale zdegradowana w wyniku przesuszenia. Naturalny torf zawiera zbyt dużo wody (nawet do 90%), aby mógł się zapalić, ale wysuszony jest materiałem łatwopalnym.
Każdego roku w pożarach łąk giną również ludzie...

Tekst i rysunek: Artur Staszewski
Podmokłe torfowiska przez setki, a nawet tysiące lat były wrogimi człowiekowi elementami przyrody. Osuszając je i orząc człowiek zyskiwał nie tylko grunty pod uprawy, ale też walczył z widliszkami roznoszącymi malarie i ślimakami będącymi pośrednimi żywicielami motylicy wątrobowej. Na samej tylko Nizinie Północnoniemieckiej ponad 90% torfowisk zostało przekształconych na grunty orne. Skutkiem tego są współcześnie groźne powodzie i pożary torfu.

Późną wiosną i latem na ugorowanych łąkach z wysokimi trawami roi się od pajęczych sieci. Budują je zwłaszcza pająki z rodziny krzyżakowatych (Araneidae). W jedną lepką sieć krzyżaka może się dziennie schwytać do 500 różnych owadów! Na 1 ha powierzchni liczba tych pająków może dochodzić do 500 000 osobników, łowiących w ciągu sezonu 100 kg owadów. Pożary łąk zabijają więc niezliczoną liczbę pożytecznych zwierząt.

Duchy lasu ("Zielona Arka", maj 2004)


Duchy lasu

Las może być straszny. Zwłaszcza nocą. I zwłaszcza jeśli mamy bujną wyobraźnię. Las potrafi przeraźliwie wyć, groźnie skrzypieć i zgrzytać. Wtedy zamiast odgłosów dzikich zwierząt możemy usłyszeć śmiejące się rusałki, płaczące dzieci i kłócące się skrzaty. W mroku lasu czarne wykroty powalonych drzew mogą przypominać paszcze straszliwych stworów. Zamiast ułamanych pni widzimy sylwetki zjaw, a w snujących się nisko mgłach dostrzegamy duchy...

...A pro po duchów, to właściwie kto wie? A co to niby tak złowieszczo huczy – „huuu-hu-hu!”? Za chwilę znów podobnie, tylko że głośniej. Zaraz zawtóruje mu drugi podobny głos, ale straszniejszy, bardziej ochrypły.  Teraz jeden z nich zawyje wściekle: „hu-hu-hu-hu-hu-hu!” A tamten odpowie dudniącym „u-u-u-u-u-u-u-u-u”. Niespodziewanie tuż nad nami rozlega się kwikliwe „kuwik”.  Wszystkie te dźwięki są coraz głośniejsze, gwałtowniejsze i... coraz bliższe. Z trwogą rozglądamy się po sklepieniu starego lasu. Na tle gwieździstego, wiosennego nieba potężne, powykrzywiane konary dębów wiszą nad nami jak monstrualne macki potworów. Czyżby się poruszały? Trzeba było posłuchać rodziców i nie skracać sobie drogi do domu przez las.
Takich odgłosów nie wydają na szczęście duchy, lecz sowy. Samce puszczyków potrafią bardzo zaciekle zabiegać o względy samic. Walczą głównie... na głosy. Im głośniejsze, im groźniejsze pohukiwania, tym większe wrażenie na samicy i konkurentach. Wszystkie sowy wydają dość dziwaczne dźwięki, ale puszczyki są najpospolitsze i można je usłyszeć przez okrągły rok. Są ponadto bardzo ciekawskie i bywa, że śledzą człowieka idącego leśną drogą, albo przylatują w pobliże rozpalonego ogniska.
Puszczyk to jednak bardzo żywiołowy „duch lasu”. Inaczej jest z uszatką. Ta nieduża sowa wydaje tak smutne „uu-hu”, że aż samemu chce się płakać... Zresztą w ogóle występuje raczej w młodych zadrzewieniach iglastych niż w lasach więc może nie jest najlepszym przykładem leśnego ducha.
Lecz puchacz to zupełnie co innego. To największa i najgroźniej wyglądająca sowa. Żyjąca w najbardziej dzikich i niedostępnych lasach i bagnach. Głośno i gwałtownie krzyczy: „pu-chu”, „uh”, pokwikuje, klapie, wrzeszczy i syczy. Jej spojrzenie jest tak przenikliwe i groźne, że aż ciarki przechodzą... Do tego mruga wielkimi oczami jak człowiek.
Nic dziwnego, że w dawnych wierzeniach słowiańskich puchacz symbolizował leśnego demona. Przed tysiącem lat polski myśliwy spotykając w lesie tego ptaka brał nogi za pas, albo padał na kolana wzywając na pomoc boga, na przykład Welesa albo Perona. Postać puchacza miał bowiem przybierać groźny duch – Borowy, Boruta lub Laskowiec, rzadziej Dziad lub jego żeński odpowiednik – Baba Jaga. Wierzono, że jest on wrogim ludziom pasterzem lub władcą jeleni, saren i zajęcy, a jego przednią strażą są niedźwiedzie. Tylko odpowiednie ofiary lub zabiegi magiczne gwarantowały w lesie spokój od Leśnego Dziada.
Skoro jednak w naszych lasach nie ma już niedźwiedzi, to pewnie nie ma też Borowego. Ale czy rzeczywiście współcześnie las wolny jest od duchów? Zastanówmy się. Skoro duch leśny opiekował się dawniej zwierzyną, a dziś nie brakuje jeleni czy saren, to może jest tam nadal? Czy jest jednak zwierzę, które mogłoby być jego przednią strażą? Eee... Możemy być spokojni. Nie ma niedźwiedzi – nie ma Dziada.

Jeśli nie mamy już wątpliwości nasza dalsza droga przez ciemny las może upływać w spokoju i marzeniu o czekających nas w domu cieplutkich parówkach. Raptem ten błogostan mąci jednak jakiś szelest. Może mysz? Szelest zamienia się jednak w tętent, a potem groźne fuknięcie. „Nie jest dobrze” – myślimy. Za chwilę słychać głośne mruczenie i tupanie, jakby ktoś walił w ziemię laską. „Laskowiec!” Nasze skojarzenia są oczywiste. To musi być Laskowiec! Gdy jednak mamy już zamiar zabrać się za bicie rekordu świata w sprincie, słyszymy, że nasz groźny leśny duch oddala się pośpiesznie. Potem rodzice roześmieją się i powiedzą, że spotkaliśmy zwykłego dzika.
Prawda jest taka, że dzik, jak każde dzikie zwierzę, boi się człowieka. Niemniej dzik jest współcześnie najgroźniejszym zwierzęciem spotykanym w lesie (oprócz kleszczy...). Locha pilnująca warchlaków najpierw czeka, aż wszystkie jej młode ukryją się w bezpiecznym miejscu i w międzyczasie „straszy” intruza groźnymi fuknięciami i tupaniem. Bywa, że w takim momencie możemy znaleźć się naprawdę blisko tego zwierzęcia. Zdarza się też, że dziki ciężko ranią ścigającego je psa, zwłaszcza gdy same są ranne lub osaczone i wyczerpane ucieczką. Znają to prawie wszyscy myśliwi.
Nie będę więc nikomu wmawiał, że nie trzeba bać się dzika. Zwłaszcza, że coraz więcej tych zwierząt przestaje obawiać się ludzi i nie tylko regularnie odwiedza wsie, ale nawet wnętrza dużych miast. W sumie jednak zwierzę jak to zwierzę – prawdopodobieństwo, że dzik nas zaatakuje, a nie ucieknie, jest w końcu prawie żadne. Jeśli sobie to uświadomimy, to niby czemu mamy bardziej bać się nocnej wędrówki po lesie niż jazdy autobusem?
No, chyba że nie chodzi tu o zwierzę. Bo jeśli dawniej najgroźniejszym zwierzęciem w lesie był niedźwiedź, a teraz dzik, to kto wie, czy leśne demony nie zmieniły po prostu swojej przedniej straży. Właśnie! Zwłaszcza, że już w czasach prasłowiańskich dzika darzono szacunkiem, czczono go i używano jego symboliki. W licu zewnętrznym wału gnieźnieńskiego z X wieku tkwił wyrzeźbiony łeb dziczy. Dzicze i wilcze kły, ptasie szpony lub poroże zwierzyny płowej – miały bronić od uroku. Jakiego uroku? Zaraz, zaraz... Czyżby dzik miał coś wspólnego z czarami? No nie, a dalsza droga miała być bezpieczna...
Niestety – fakt jest faktem, że dzik był zwierzęciem mitycznym. Lud Redarów wierzył na przykład, że ilekroć grożą im srogie przeciwności długiej wojny domowej, wychodzi z jeziora potężny odyniec z pianą połyskującą na białych kłach i na oczach wszystkich tarza się w kałuży wśród straszliwych wstrząsów. No dobra, ale może widzieli kiedyś wielkiego dzika, który po prostu tarzał się w błocie – jak na każdego porządnego dzika przystało – i stworzyli z tego mit? Kto by tam wierzył w jakieś demony.

Nagle gałęzie drzew poruszyły się z szumem, a za chwilę zaskrzypiały ocierające się o siebie pnie. Skąd nagle wziął się ten wiatr? A może to nie wiatr? Czy duchy lasu słyszą ludzkie myśli? Może myśli nie, ale dawno temu zwierzęta słyszały i rozumiały język ludzki. Stąd na przykład wzięło się tabu gwary używanej przez myśliwych. Najprawdopodobniej więc to nie człowiek przemieniał się w zwierzę, lecz odwrotnie. Mawiano na przykład, że niedźwiedź pochodzi od człowieka. Był jednak wyjątek. I to jaki...
Las wydaje się nagle niespokojny. Puszczyki przestają nawoływać, zrywa się silny wiatr, zgrzytają gałęzie, gwiaździste niebo znika za zasłoną grubych chmur. Po chwili powietrze przeszywa błyskawica, a w jej blasku dostrzegamy naprzeciwko siebie sylwetkę człowieka. Stajemy jak wryci wahając się czy nie zawrócić. Z bijącym sercem wolimy jednak ruszyć do przodu, bo do domu jest już niedaleko. W blasku następnej błyskawicy nie widzimy już człowieka, lecz dużego psa... A może wilka?
Oglądaliśmy tyle filmów o wilkołakach, że skojarzenie budzi w nas przerażenie. Nie da rady odgonić tych myśli. Zupełnie nie wiemy co robić. Ale z ulgą dostrzegamy światło latarki i po chwili mija nas myśliwy z wyżłem... Śmiejemy się w myśli z siebie, ale prasłowianom w takich sytuacjach nie było do śmiechu. Żyli oni bowiem w lęku przed wilkołakami – ludźmi czasowo lub na stałe przemienionymi w wilki. Wilkołactwo, czyli lykantropia, nie zostało do dziś jednoznacznie wyjaśnione. Najprawdopodobniej narodziło się w wyniku rytualnych obrzędów związanych z inicjacją młodych wojowników. Byli oni pojeni napojami odurzającymi i często przebierano ich w skóry wilków albo niedźwiedzi, co wywoływało w nich bezgraniczną agresję, jak na przykład u skandynawskich bersekr -„niedźwiedzich skór”.

Gdy już się dowiedzieliśmy, że żadnych leśnych duchów ani demonów nie ma, bo wszystko co się z nimi kojarzy jest tylko wytworem wyobraźni, możemy bez emocji odbierać nocne odgłosy szczekających lisów i saren, warczących borsuków, tupiących jeży, terkoczących lelków i rzekotek, huczących kumaków czy trzepocących się w niespokojnym śnie sójek.
Acha... Zapomniałem jeszcze wspomnieć o strzygach, które w wierzeniach zachodnich Słowian przybierały postać czarownicy-sowy wysysającej krew...
Odwagi!

Cechy istot demonicznych w słowiańskiej kulturze: czasowa niewidzialność, ciemne lub czerwone zabarwienie skóry, ognistość i skrzenie się, wzrost raczej drobny, stosowny dla duszy-widma człowieczego, gęste uwłosienie, obfite brwi, wielka głowa, wielkie oczy, osobliwe zęby, grube wargi, długie sutki, brak palców, nadmiar palców, kulawość, stopy zwierzęce lub ptasie.


Artur Staszewski


Z wykorzystaniem: „Mitologii Słowian” (1982) Aleksandra Gieysztora. WAiF, Warszawa.

Pola ("Zielona Arka", grudzień 2000)


POLA

Nie wiadomo w którym momencie dzikie zwierzęta zaadoptowały się do życia w warunkach pól uprawnych. Można sobie tylko wyobrazić obraz szybko zmieniającego się środowiska Europy wskutek intensywnego wycinania i wypalania lasów zapoczątkowanego około 5000 lat temu. Od tego czasu już tylko człowiek dyktował warunki. Kto się do nich nie przystosował - ginął.

Możliwe jednak, że kiedyś najliczniejszego ptaka naszych pól - skowronka, nie było tu wcale. Podobnie inne pospolite na polach gatunki, np.: trznadel, potrzeszcz, szczygieł i dzwoniec - nie wiadomo gdzie wtedy się podziewały. Jednak przynajmniej część z tych ptaków musiała po prostu przystosować się do nowych środowisk, ba - wielu wiodło się i wiedzie do dziś wspaniale. Ot, choćby wróbel - dawniej zamieszkiwał tylko skaliste tereny Azji, ale to zasobność pokarmu znajdowanego na polach spowodowała jego niezwykłą ekspansję.
Występowanie kuropatwy, nie mówiąc już o dropiu, musiało się kiedyś ograniczać jedynie do obszarów stepowych. Pole - step, cóż za różnica? W dodatku pola były dużo bardziej bogate w pokarm. Niektóre ptaki dały się więc nabrać. Nie mogły bowiem przewidzieć masowego stosowania pestycydów, w tym zwłaszcza najgroźniejszej substancji - DDT. Kuropatwy i bażanty zjadały zatrute owady, a na ptaki te polowały chętnie drapieżniki. To w nich kumulowało się najwięcej trujących związków i w szybkim czasie wiele ptaków drapieżnych stanęło na krawędzi zagłady. Sokół wędrowny wyginął w Polsce zupełnie właśnie z winy DDT, a reintrodukowana ostatnio populacja zasiedla prawie wyłącznie miasta. Drop dał się zwieść pozornie bezpiecznym rozległym polom, ale przepłacił ten błąd wymarciem na wielu obszarach i rozbiciem populacji - na dłuższą metę okazał się więc konserwatystą i nadal, choć w mniejszych zagęszczeniach, najlepiej czuje się na naturalnych stepach.
            Niektóre gatunki wykazują tak dalece posunięte uzależnienie od pól uprawnych, że prawdopodobnie bez nich nie mogłyby już egzystować. Lecz gdyby żurawie pozostały uparcie w swych puszczańskich bagiennych lasach, zapewne podzieliłyby los płochliwego, wymierającego głuszca. Żuraw dzięki temu, że zdobywał pokarm na polach, w dużym stopniu pokonał barierę lęku przed człowiekiem i dzięki temu stał się ptakiem pospolitym. Współcześnie typowo leśne żurawie to rzadkość - większość z nich gnieździ się w otwartym krajobrazie.
            Zaskakujące trendy wykazują od paru lat błotniaki łąkowe. Ich naturalnym siedliskiem lęgowym są w Polsce rozległe torfowiska niskie, takie jak w dolinach Biebrzy, Narwi i Odry. Ostatnio jednak te rzadkie ptaki zaczynają gniazdować w łanach zbóż i stają się liczniejsze. Z jednej strony wygląda to na niezwykły przypadek przystosowania się do zmian zachodzących wskutek osuszania terenów podmokłych i eksploatacji torfowisk, lecz równocześnie większość lęgów zostaje zniszczonych w czasie żniw i to tuż przed wylotem młodych. Tak więc kolejna pułapka, czy raczej cena przetrwania?
            Weźmy więc kolejny przykład. Naturalnym siedliskiem lęgowych ptaków siewkowych, takich jak czajka, kszyk, kulik wielki, rycyk czy krwawodziób, są rozległe podmokłe łąki w dolinach rzek. Lecz rzeki się reguluje, osusza starorzecza i rozlewiska, a wiele zmeliorowanych łąk zamienia się na grunty orne. W wyniku tego niemal wszystkie te gatunki szybko wymierają. Tylko jeden z nich stara radzić sobie jak może. Jest to czajka. Na łąkach czajka była niezwykle wybiórcza i zakładała gniazda w miejscu o określonej wilgotności podłoża, wysokości, a nawet barwie traw. Poza łąkami jest jednak bardzo plastyczna. Gnieździ się najczęściej w oziminach i nad brzegami śródpolnych stawów, ale także w trzcinowiskach, na ścierniskach po wykaszanych trzcinach, a zwłaszcza na wypalonych nieużytkach polnych.
            Od pewnego czasu ornitolodzy śledzą niepokojące zjawisko pozostawania łabędzi niemych na polach. Zimą są tu wprawdzie bezpieczniejsze niż na wodzie, gdzie mogą przymarzać, lecz ptaki te na polach po prostu za dużo jedzą. Łabędzie to ptaki typowo wędrowne i dopiero od niedawna pozostające u nas na zimę - i to głównie dzięki sztucznemu dokarmianiu. Jednak nadal u wielu z nich funkcjonuje instynkt wędrówki, który powoduje zwiększone łaknienie i zapotrzebowanie na gromadzenie tłuszczu. „Polne” łabędzie przylatując na pole mają tu tak dużo jedzenia, że nie muszą już odlatywać. Do tego prawie nie boją się człowieka i nie muszą na jego widok uciekać, więc brak ruchu powoduje tycie i ociężałość, i nawet dorosłe osobniki nie przystępują do lęgów, bo do wiosny są tak obżarte, że... nie mogą wzlecieć w powietrze.
            Jak silnie zmiany agrokulturowe muszą oddziaływać na faunę, a zwłaszcza na przemieszczające się dwa razy do roku ptaki wędrowne, niech uświadomi nam przykład dzikich gęsi. Z terenów lęgowych położonych w europejskiej tundrze i tajdze tysiące gęsi białoczelnych i zbożowych każdej jesieni rozpoczynają wędrówkę do zachodniej Europy. Wiele z nich jeszcze do początków lat 90. wybierało trasę przez Polskę, a zwłaszcza jej północą część. Tu napotykały na rozległe pola, zwłaszcza ulubione ścierniska po kukurydzy, uprawy rzepaku itp. Wiele z nich pozostawało aż do pierwszych mrozów i śniegów, a po nabraniu odpowiednich zapasów tłuszczu przemieszczało się dalej na zachód. Po przeczekaniu zimy powracały na tereny lęgowe. Szacowano, że w niektóre lata, aż 2/3 populacji gęsi zimujących w północno zachodniej Europie (Holandia, zachodnie Niemcy) zatrzymywało się podczas wędrówki na terenach Polski. Już od około 1995 roku liczebność gęsi przelatujących przez północną Polskę zmalała o około 50%, kierując się prawdopodobnie przez Skandynawię od razu na zimowiska zachodnie lub w kierunku środka kontynentu (Węgry, Austria) przez Śląsk. Sprawa wydaje się oczywista - po upadku gospodarstw rolnych gęsi nie mogły odnaleźć swych ulubionych miejsc żerowania i dość szybko zmieniły trasy wędrówkowe.
            Pola stały się nieodzowne dla przetrwania okresu zimowego dla wielu gatunków. Całkiem możliwe, że łatwość z jaką zdobywają tu pokarm powoduje ich mniejszą śmiertelność, i że dawniej wiele z nich było znacznie rzadszych. Poza środowiskiem wodnym, w okresie zimy, pola uprawne nie mają sobie równego pod względem bogactwa ptaków. Tysiące gęsi spędza całe dnie na żerowaniu. Są najbardziej płochliwe ze wszystkich ptaków wodnych i polnych. Wypracowały stadny tryb życia z systemem ostrzegawczych zachowań. Na polach gęsi żerują najczęściej w zagłębieniach terenu, a na pagórkach czuwa kilku strażników mających alarmować stado w razie niebezpieczeństwa. Przed odlotem na wodę lub odwrotnie - w czasie wylotu z jeziora na pole, strażnicy wysyłani są jako zwiad mający zbadać, czy trasa przelotu jest bezpieczna. Następnie zwiadowcy wracają i dopiero wtedy wyprowadzają całą grupę. Tak doskonale zorganizowanym stadom gęsi towarzyszą najczęściej inne ptaki. Można więc spotkać stada czajek, siewek złotych, łabędzi niemych i krzykliwych, mew, krukowatych, kwiczołów, skowronków, górniczków, śnieguł, trznadli, dzwońców, makolągw, rzepołuchów, zięb, jerów i wiele ptaków drapieżnych. Bogactwo to wynika z tego, że na polach można znaleźć nie tylko pokarm roślinny, lecz też wiele gryzoni, owadów i ich tłustych larw.
Pola wykorzystują też ssaki. Typowym przykładem jest sarna. Tworzy odmianę zwaną „sarną polną”, której stada liczące nierzadko po 60 osobników nie schodzą z pól w ogóle. U odmiany tej zaobserwowano już nawet zmiany morfologiczne przystosowujące ją do takiego trybu życia. Dziki również znajdą tu wiele pożywienia. Od lat 90. rozległe nieużytki sprzyjają rozwojowi populacji drapieżnych ssaków, takich jak: lisy, łasice i gronostaje, które myśliwi oskarżają o wyniszczenie kuropatw i zajęcy (możliwe, lecz nie potwierdzone badaniami). I tu ugorowane ogromne powierzchnie pól wpłynęły zapewne znacząco na faunę, lecz szczegółów, poza faktem, że na ugorach awifauna jest uboższa niż na użytkach, jeszcze nie znamy. Istnieje jednak przypuszczenie, że dzięki tzw. sukcesji regresywnej, czyli stepowieniu, powstaną obszary środowisk, na których wytworzą się nowe ekosystemy o specyficznych cechach, w których skład wejdą zupełnie nowe gatunki, a może nawet powrócą niektóre wymarłe (np. kulon i drop). W proces ten znów jednak wkracza człowiek, chcący zalesiać nieużytki polne.
            Jest oczywiste, że spośród wszystkich środowisk najczęściej i najsilniej zmieniającym się są środowiska polne i jeśli wyobrazimy sobie Europę z jej dominującymi obszarami rolniczymi, to możemy równocześnie uzmysłowić sobie, jak duży wpływ wywierają one na losy fauny. Pytanie: czy zwierzęta będą potrafiły nadążać za tymi kontynentalnymi już zmianami dyktowanymi przez wciąż zmieniającą się gospodarkę rolną... I które.

Tekst i rysunki: Artur Staszewski

Użytki rolne w województwie zachodniopomorskim zajmują 48,7% jego powierzchni (w tym grunty orne 38,4%). 60% użytków rolnych jest w posiadaniu gospodarstw indywidualnych i tylko 10% gruntów byłych PGR zostało nabytych przez nowych użytkowników; reszta tych terenów jest dzierżawiona. W województwie jest 38 600 indywidualnych gospodarstw rolnych (powyżej 1 ha) i 33 400 użytkowników działek rolnych (do 1 ha). Przeciętny areał pojedynczego gospodarstwa wynosi 18 ha i jest najwyższy w kraju. Większość użytków rolnych naszego regionu - około 77% - to gleby nie zanieczyszczone, o naturalnych zawartościach metali ciężkich.
(Wg „Raportu o stanie środowiska w województwie zachodniopomorskim w latach 1997-1998.” Inspekcja Ochrony Środowiska. Szczecin 1999.)

Możemy sobie wyobrazić co się dzieje z polem na którym każdego dnia żeruje kilka a nawet kilkadziesiąt tysięcy dzikich gęsi czy żurawi. Rząd Holandii, aby rozwiązać konflikt zaczął wypłacać farmerom odszkodowania, ale wkrótce zagroziło to wręcz załamaniem się budżetu. Podjęte badania wykazały, że straty są często zawyżane, gdyż nawet po okresie intensywnego żerowania ptaków, zbiory bywały normalne, a więc oszacowanie rzeczywistych szkód jest niemożliwe. W Polsce ornitolodzy proponowali rozwiązanie polegające na całkowitym zaniechaniu polowań na gęsi na noclegowiskach, a w zamian uprawianie polowań na polach. W ten sposób ptaki wodne nie byłyby płoszone w miejscach odpoczynkowych, a dzięki płoszeniu na polach stada byłyby rozpraszane i nie powodowały by tak dużych szkód w jednym miejscu. Niestety, mimo, iż podręczniki łowiectwa wymieniają aż pięć sposobów polowań na gęsi, myśliwi nadal wybierają jeden najłatwiejszy - strzelanie w pobliżu miejsc noclegowych.

Dwie rocznice – czyli Kaczmarski i Smoleńsk

Wczoraj większość mediów zwróciła uwagę na dwie najważniejsze, ich zdaniem, rocznice w jednej dacie: 10 kwietnia - to rocznica zarówno...